Styl życia

A co, jeśli…

-A co, jeśli… jeśli będę w ciąży? Tomek?

-To się będę cieszył. Moja Ciocia z Wujkiem miała w naszym wieku dzieci i byli szczęśliwi.

-Byli?

-Tak, bo Ciocia nie żyje. Pojedziemy na jej grób?

I tak przekonana, bo przecież dziecko to poważna sprawa i decyzja, nie martwiłam się, kiedy zaczęłam odczuwać dolegliwości ciążowe. Już prawie od razu wiedziałam, że noszę dziecko w sobie, ale kiedy zrobiłam test ostatniego dnia października, to tylko się upewniłam… Patrzysz na ten test i nie wiesz, czy się śmiać, czy płakać, czy wyskoczyć z okna… I tak samo jest z kobietami, które oczekują dziecka i nie mogą go mieć jak z tymi, dla których dziecko jest niespodzianką. Jak dla mnie.

-Dobrze, że ciąża trwa dziewięć miesięcy-pomyślałam-zdążę się przygotować. Siebie i swoją rodzinę. – Taka była ze mnie optymistka.

Każdy dzień był dniem dziwnym. Nie wiedziałam, co robić. Świadomość bałaganu finansowego nie pomagała. Byłam już sama bez pracowników, jednak umysł był ciągle w matni finansowo-korporacyjnej. –Człowiek zawsze jest sam, mimo tłumu ludzi wokół siebie. – myślałam – Nikt za mnie nie przeżyje mojego życia.

W toku była sprawa rozwodowa, z mężem nie miałam przez kilka tygodni prawie żadnego kontaktu. Widzieliśmy się przy stole na Tatowych urodzinach. Każde przyjechało samodzielnie do Rybnika, każde samodzielnie wyjechało. Ja wtedy jechałam do Zabrza. Jechałam tam wiedząc, że zaczynam nowe życie. I faktycznie. Bałam się, że mnie to przerośnie, że nie dam rady. Został mi Bóg, więc modliłam się swoimi słowami:

– Boże, jeśli tak ma być, jeśli jest w tym jakiś sens to dziękuję Ci za to nowe życie. Powierzam Ci wszystkie moje smutki i kłopoty i proszę daj mi siłę do przeżycia każdego dnia.

Oboje z ojcem Mikołaja byliśmy w szoku z tego, co się stało. Nie znaliśmy się kompletni a poznaliśmy się w najgorszych dla siebie okolicznościach. Powiedzieć rodzinie o ciąży w mojej sytuacji… no normalnie wstyd. Ale nie dlatego nic im nie mówiłam.

Najpierw pojawiło się krwawienie. To było na przełomie października  Niewielkie, ale jednak. Kiedy byłam w ciąży z Żyrafką, miałam rozwarcie od prawie samego początku ciąży. Było tak duże ryzyko poronienia, że nie wychodziłam z domu ani nie schodziłam z łóżka, leżałam z nogami do góry na kanapie, oglądałam seriale, a moja ginekolog poleciła brać Relanium, gdybym za bardzo się denerwowała. Więc teraz, nauczona doświadczeniem, chciałam zwolnić. Ale jak? Byłam świeżo po przeprowadzce, nie wszystko było dopięte do końca, kasa z konta uciekała z prędkością światła, bank szybko założył na nie blokadę. Ale nie to było największym zmartwieniem… Tata… Tata miał już pierwsze objawy guza na płucach, ale jeszcze o tym nie wiedzieliśmy. Jak tylko Tomek wyjechał do Norwegii na początku listopada, ja spakowałam swoje rzeczy, dokumenty z pracy i Pepsi do samochodu i pojechałam do Rybnika.

Prawdę mówiąc, jeszcze myślałam, że ja się mylę, że to jakaś stresowa reakcja dziwna, że organizm zwariował, bo wszystko się przecież pozmieniało, że to niemożliwe…

Szósty tydzień ciąży przyniósł mi… nie, nie wymioty. Na wadze miałam + 7 kilo, pisałam o tym we wpisie „Wody„. metaliczny posmak i nic mi nie smakowało. Ale byłam w Rybniku, a tam tata palił i jedliśmy dość tłuste rzeczy. Przestałam jeść. Bo jak jeść jeśli masz permanentny silny stres? Są ludzie, którzy zajadają. To choroba: „żarłoczność psychiczna”. W USA widać to jak na dłoni: jedzą, tyją i nie są wstanie już nawet chodzić, więc wsiadają na wózki. Leczy się to Prozacem. No ale ja od dłuższego czasu miałam bardziej skłonność do niejedzenia niż do obżerania się. Więc Kaśka – stres i cholernie urozmaicona dieta, jak nigdy w życiu.

Ada wiedziała od razu.

Jak tylko pojawił się wpis na stronie Czarnej na FB, Ada zapytała:

-A może jesteś w ciąży?

W tym czasie zrobiłam powtórnie test. Wynik był pozytywny, tak samo jak wyniki biopsji Taty: (…)Przerzut raka płaskonabłonkowego… (…) O jaciepierdzielę! Jestem w ciąży, tata ma raka, w grudniu w moje urodziny rozwód, ja w Brzegu u siebie, Żyrafka ze swoim Tatą, Inżynierka we Wrocku, Tata w Rybniku, Tomek w Norwegii, Brat w Górach, Siostra w Holandii… OMÓJBOSZE! JAK?

Boże, użycz mi pogody ducha, abym godził się z tym, czego nie mogę zmienić, odwagi, abym zmieniał to, co mogę zmienić, i mądrości, abym odróżniał jedno od drugiego.

Tylko ona, Modlitwa o pogodę Ducha, dawała mi ukojenie… Jedne, nad czym mogłam (tak mi się zdawało naiwnie i optymistycznie) to praca. Rzuciłam się w wir pracy. A tam dedlajny, kontrakty, biznesmeni, HiTech, garnitury, spotkania, awantury, reklamacje, procedury… Nadal nie mogłam jeść, więc kupiłam witaminy Femibion 1 i dbałam o siebie, jak tylko mogłam. Pić też nie mogłam za dużo, więc miałam kolejny powód do zmartwienia. Bałam się o dziecko. Nie miałam już dwudziestu lat…

Pamiętam, jak w dniu wizyty Taty u lekarza pulmonologa, musiałam wydrukować sporo dokumentów do kilku kontraktów moich Klientów. Ale zabrakło mi papieru. Byłam na szczęście w Rybniku – cywilizowanym świecie, gdzie Tesco działa też w nocy. Ubrałam na siebie „byleco”, wzięłam portfel, telefon i pojechałam. Kupiłam papier do drukarki, szampon, ciastka i… żelki Haribo.

Tego dnia nastawiałam się, że powiem Tacie o ciąży i choć bałam się panicznie jego sarkastyczno-cynicznej reakcji, słusznej zresztą, pomyślałam:

Raz Kaśce śmierć. Przez chwilę myślałam, że dosłownie.

Ale o godzinie 22:20 zaczął boleć mnie brzuch. Skurcz był mega silny i pomału zaczęłam tracić przytomność. Tata nic nie wiedział o swojej diagnozie, więc miał całkiem normalny humor w swojej nieświadomości. Ale ja i tak nie chciałam go martwić. Oczywiście dostałam kilka razy ochrzan, ostatni raz bo:

  • Kasia, idź z tym psem!

Zebrałam się i poszłam, Pepsi zrobiła dwójeczkę i dawaj szybko do domu!

Szłam zgięta w pół, rozglądając się, żeby mnie nikt nie zobaczył.

Próbowałam wziąć Paracetamol, ale nie pomógł, tak samo No-spa nie podziałała. To były jedyne leki, które w niewielkich dawkach mogłam zażyć w ciąży. Nie wiedziałam, czym mogę sobie jeszcze pomóc nie szkodząc dziecku, ale nie mogłam ani nie chciałam jechać na SOR. Nie byłam w stanie przeszukiwać internetu. Położyłam się do łóżka i włączyłam jakiś film z Sandrą Bullock. Nic nie pomagało. Nic. Kompletnie. Na szczęście nie było krwawienia.

Jednak szczerze się bałam, że ronię.

Pomyślałam, że nie chcę stracić dziecka i że jeszcze za wcześnie na ogłaszanie radosnej nowiny, bo nie wiadomo, jak będzie. Poczekam do czwartego miesiąca. Tym bardziej, że po rozmowie z dyspozytorką pogotowia, bo w końcu o 1:00 w nocy skapitulowałam i zadzwoniłam na 112, ona powiedziała:

-Albo po Panią przyjedzie karetka albo niech Panią ktoś przywiezie do szpitala. Bo jeśli Pani jest w ciąży, to nikt nie podejmie żadnej decyzji bez badania, żeby nie zaszkodzić dziecku.

Modliłam się, bo nic innego mi nie zostało. Minęła kolejna długa godzina, tata już spał, a ja zdecydowałam się, że pojadę. Poszłam pod prysznic, ale też nie pomógł.

O 3:00 owinięta w ręcznik położyłam się na łóżku i z bólu straciłam przytomność.

Nie wiem, jak długo tak leżałam, ale jak się ocknęłam, czułąm się dobrze. Piekielnie ostry ból brzucha minął, skurcze też, nie było krwawienia, wszystko było w porządku. Do dziś nie wiem, skąd ten ból. Ale od razu umówiłam się do swojego brzeskiego lekarza na wizytę i USG.

Termin rozwodu był wyznaczony w moje urodziny, tak samo jak pierwsza wizyta w Ośrodku Badań Prenatalnych. Mój Ginekolog jest profesjonalny i rzeczowy, pokazał mi Fasolkę… Małe rączki i nóżki… Bijące serduszko… Wzruszenie odjęło mi mowę tak samo, jak lęk. Byłam jednak przekonana, że to sam Bóg daje nam to dziecko. Dbałam o siebie, jak tylko umiałam, wyniki miałam idealne.

Jednak podobna sytuacja, podobny ból i omdlenie zaliczyłam już u siebie w domu w nocy, w łazience. Niestety wtedy w domu byłam sama tylko z Pepsi. Nie byłam w stanie się podnieść po telefon, żeby zadzwonić po karetkę…

Choć otoczenie przypisywało mi uzależnienie od telefonu, to ja i tak chodziłam z nim przy przysłowiowej dupie (sorry for my french), żeby mieć kontakt ze światem, a raczej z numerem 112. Mijał dzień za dniem, tydzień za tygodniem, a ja próbowałam jakoś unieść się na powierzchni. Robota była beznadziejna, niewiele ode mnie zależało. Wiecie, jaką frustrację ma handlowiec, kiedy Klient kupuje a Ty nie możesz sfinalizować transakcji, bo potem jest jeszcze sto przeszkód, z którymi nikt od razu nie może sobie poradzić? Stres jak cholera, ale przynajmniej 27 listopada wrócił mi apetyt. Zaliczyłam KEBAB 😉 wypiłam morze wody i cieszyłam się, że mogę jeść, smakuje mi a zapachy przestały przeszkadzać. Żeby nie myśleć o rozwodzie, zaczęłam się szykować do Świąt…

CDN…