Styl życia

Ciąża – Stage III, tylko dla kobiet (chyba) ;)

Ciąża – Stage III, czyli problemy trzeciego trymestru…

-Jak się czuje mój ulubiony dwupak?

-Jak nadmuchiwany balonik z żabką w środku… albo legwanem, tak legwanem, zdecydowanie…

Po 1 primo: mam za krótkie ręce! Podchodzę do blatu kuchennego i nie mogę siegnąć do czajnika. Muszę się nachylić!

Po 2 primo: nie moge sie schylić przy ławie. Brzuch mi przeszkadza. Do biurka siadam bokiem, bo inaczej Mały się budzi i wierci. A wtedy już nic nie zrobię.

Po 3 primo: Spaaaać… ale nie w nocy. W nocy Mały się budzi i rozrabia.

Ciąża to cudowny czas. Oczekiwanie, ruchy dziecka, instynkt macierzyński, wszystko dzieje się wolniej, można urządzić nowy pokój, kupować ubranka i wszyscy są tacy mili 🙂

To jasna strona mocy.

-Kochanie, jak się czujesz?

-Wyglądam jak baba a czuję się jak chłop. Śpimy osobno.

-Czemu?

-bo…

Serio. Sorry for my French, ale beka się, pierdzi, lata co chwilę do toalety a i tak nie masz gwarancji, że zdążysz… Czasem nie można siedzieć, bo…

No cudownie… I oglądam te babskie kanały, bo się nie mogę zmobilizować do dłuższej aktywności. Wszystko robię 100 razy wolniej od mojego zwykłego tempa. Kiedyś potrafiłam posprzątać całą chatę z myciem luster w 3 godziny. A tu nie mogę się zmobilizować do odkurzania od tygodnia!Dobrze, że są takie przestarzałe wynalazki, jak miotła.

Oooo… buty… to dopiero wyzwanie. Ale ale, ja mam przecież JAPONKI! W japonkach chodzę wszędzie i niech ludzie mówią 😉 Jedyne co, to trzeba pilnować, żeby stopy wyglądały estetycznie, ale to wychodzę z Pepsi, jak sąsiedzi albo w pracy albo jak śpią 😛 Żartuję 🙂

Jak tak sobie oglądam te kanały TLC albo Comedy Central, a tam wszędzie są programy, gdzie rodzą kobiety. Jeszcze dwa miesiące temu przy filmie Bridget Jones Baby śmiałam się do łez. Dzisiaj włącza się myślenie, lęk przed porodem i … retrospekcja.

Miesiąc temu lekarz stwierdził, że Mikołaj jest o jakieś 150 gramów cięższy niż norma w tym czasie. Ze strachu się zaczęłam pocieszać, że może o tydzień się pomyliłam z miesiączką? I termin może szybciej?

-Kochanie, jedz za dwoje. Musisz o siebie dbać. – mówił Tomek jeszcze w styczniu.

-Tak, jasne. Łatwo wszedł, ale on musi jakoś stamtąd WYJŚĆ! Masz to na uwadze?

Nie, no nie miał. Widział dużo w swoim życiu, ale tego jeszcze nie. A ja zdrzemnęłam się dzisiaj po akcji „Komar Tygrysi”(temat na następny wpis) i przyśnił mi się mój pierwszy poród. W zasadzie jedna scena: jak leżę na kozetce, mam skurcze co 1,5 minuty trwające pół minuty. Najdłuższe pół minuty w życiu. Czas to pojęcie względne… Leżałam na najlepszym, bo lewym, boczku, odwrócona twarzą do tych okropnych, białych kafelek i chciałam próbować wydrapać fugę…

Ale dość tego stresu i dla mnie i dla Was. Będzie dobrze.

Jak rodziła się Kaja to moje koleżanki z Medyka miały akurat praktykę na rybnickiej porodówce. Już urodziłąm, lekarz mnie szył, więc pozycja jednoznaczna, a ten z tą igłą i nicią tam mi wystawał między nogami. A przystojny jak cholera 😉 Ja dostałam jakieś relanium dożylnie do oksytocyny, bo widocznie uznali, że lepiej mnie naćpać niż drzeć się na mnie, więc miałam mega fazę :))) Więc przychodzi Marysia i mówi:

-Kasia, Twój mąż przyszedł Cię odwiedzić. Czeka przy okienku (tak, wtedy były jeszcze okienka takie z szybą i telefonem)

-Ok, panie doktorze, długo jeszcze Pan będzie mnie szył?

-Tak z 15 minut?

-A potem bede mogła iść?

-Tak.

-Marysia, weź mu powiedz, że za pietnaście minut do niego przyjdę.

Z Żyrafką też było śmiesznie 😉 Oczywiście moje dzieci nie chciały same wychodzić, więc trzeba było im pomóc. Od ósmego miesiąca, ja Kaśka – urodzona panikara – jęczałam przy każdym skurczu Braxtona-Hicksa. Mój chłop, cierpliwy był mega, bo wytrzymał to do tygodnia przed terminem, ale w końcu mi oświadczył stanowczym tonem:

-weź Kasia przestań jęczeć, bo za każdym razem jak zaczynasz, to ja już chcę buty zakładać i jechać! Od półtorej miesiąca tak stękasz i nic, zaraz chyba nerwicy dostanę! – ja empatycznie się zamknęłam, bo faktycznie, potrzebny mi był spokojny a nie spanikowany. No i w terminie, o 22:00, sapałam jak najciszej, nawet przestałam patrzeć na zegarek, a men z kuchni wychyla głowę i mówi:

-Chyba musimy jechać. Ty tak sapiesz już co 5 minut. No dobra. To jedziemy. Szpital w Oławie, jedna z najlepszych porodówek w Polsce, odległa od domu o jakieś 12 km, to jakieś 20 minut jazdy Cinquecento, drugi poród ponoć szybciej się dzieje, więc nie ma na co czekać. Telefon do koleżanki, żeby przyjechała do 7-letniej Kai, torba do kieszeni, w dół 84 schody, auto i jedziemy. Wchodzimy tam, była 23:30 i mówię, że ja chyba do porodu.

-Chyba? To Pani nie wie?

-No nie wiem, miałam skurcze, dziś termin, ale… chyba właśnie mi przeszły. 🙂 🙂 🙂

Przygotowała mnie, zabrała na górę, podpieli na sali do KTG, lekarz Rudy był, to pamiętam. Ja zestresowana, więc prawie godzine ich rozśmieszałam, do momentu, aż się okazało, że fałszywy alarm. Zabrali mnie na salę, dali dzień odpoczynku i wieczorem zapowiedzieli:

-Niech się Pani dzisiaj wyśpi, bo to ostatnia spokojna noc. Rano Pani rodzi. O 6:00 idziemy na sale porodową.

Ja tam z koleżanką, równie zestresowaną, do 22:30 robiłam rozpierduchę, gadałyśmy, rozśmieszałyśmy wszystkich włącznie z pielęgniarkami. Te spłakane ze śmiechu, nie mogły nas zagonić do łóżek. W sobote, o 6:00 rano pobudka, założyłam taką straszną nocną koszule dla babci i dawaj do góry już z kroplówką na smyczy.

Biedny Jacek. Prowizorki są zawsze najdłuższe, więc ta koszula niezniszczalna. Jak mnie wkurzył to szłam w niej spać 😉

No ale poszłam tam na górę i tak trajkotałam, że wszyscy pękali ze śmiechu. Około 11:00 zaczęła się już boleśnie rozwierać szyjka, więc jak wsiadłam na tę piłkę z uszami, to nie chciałam schodzić. Kafelki ocalały 🙂 Piłka najlepsza. Położne nawet mnie zachęcały na inne przyrządy, ale ja sobie na tej piłce dotrwałam do 12:30, dopóki wody nie poszły. Zaczęło się. Położna Anka, 185 cm wzrostu, Baba wielka jak dąb, jako jedna z niewielu miała u mnie posłuch. Robiłam, co chciała. Jak nigdy. Oczywiście najpierw dostałam opieprz, bo przestałam żartować:

-Pani Kasiu, proszę nam tu nie tracić humoru…

-Ale ja już nie mogę, bo mnie boli!

I tak z 15 minut do bóli partych, aż Anka dyspozycja:

-Kaśka! Przyj!

-Nosz prę przecież!

-Mocniej!

-Mocniej już, kurwa, nie mogę! – (oesuu, sama byłam w szoku, że przeklęłam)

Anka nie straciła rezonu:

-Niech są i dwie, ale kurwa przyj!

:))) No parłam, parłam 🙂

W międzyczasie przyjechał Jacek, wpuścili go, zbladł, nie wiedział, co zrobić, zapytał:

-„boli?” – Anka zobaczyła gromy w moich oczach, więc szybko go wyprowadzili, bo był w wielkim niebezpieczeństwie :)))

Z małymi komplikacjami Żyrafka ze mnie wyszła granatowa, ale raz dwa nabrała ślicznego różu, lekarz mnie poszył i już. Widok dziecka uruchamia taką chemię w mózgu, a potem chyba mi coś dali przeciwbólowego, bo nic nie czułam. W sensie bólu.

Rodzisz dziecko, to rodzisz trzy razy. Raz dziecko, dwa łożysko, a trzy… no właśnie. Hmmmm…

Dwa dni później na „wizycie” przychodzi do mnie lekarz dyżurny i pyta standardowo, jak się czuję, jak  pokarm, sprawdza szwy itd. Ale o jedno pytanie, jak dla mnie, zadał za dużo, biedak:

-Pani Kasiu, zrobiła Pani od soboty kupę?

No chyba, kurcze, oszalał. Jak tu przeć, żeby te szwy nie popękały?

-Nie Panie Doktorze, nie zrobiłam jeszcze. – znam skutki zatrucia organizmu przy zaparciach, ale na Boga!

-Pani Kasiu, jak Pani do jutra nie zrobi, to przyjdzie Pani Doktor (ta największa hetera) i zrobi Pani lewatywę!

O nie, straszyć lewatywą to mnie nie będziesz, to nie Przygody Wojaka Szwejka.

-Panie Doktorze. Z własnej woli to sobie Pan sam może robić kupę i 10 razy dziennie, ale ja się nie zmuszę do tego sama. Jak trzeba będzie, to poproszę lewatywę i wyjścia mieć nie będę. Sama, absolutnie. O NIE. Stanowczo nie!

Ja nie wiem, czy ze śmiechu czy ze zdumienia, w każdym razie oczy zrobił wielkie, zacisnął zęby i szybko wyszedł z sali.

Następnego dnia natura zadziałała sama, urodziłam trzeci raz i nie było aż tak źle :)))

Dzisiaj Żyrafka walczy z trądzikiem i wspiera mnie mocno przy codziennych obowiązkach. A mi się zrobiło trochę lżej 🙂