Gadżety kobiety, Pasje, Styl życia, Zwierzaki

Ja, Lwica i tatuaż

Ja, lwica i tatuaż – taki projekt chodził mi po głowie od dawna. Nie, nie jestem zwolenniczką tatuaży. Od lat zastanawiałam się, skąd taki fenomen, dlaczego ludzie modyfikują swoje ciała. A co, jeśli mi się znudzi za kilka lat? Albo skóra mi obwiśnie? Przecież nie można tego tak sobie po prostu zdjąć!

Piercing.

Dwadzieścia lat temu, kiedy zaczynałam poważną pracę, spotkałam tam bardzo różnych ludzi. Nie, nie tą pracę w przedszkolu tylko w Nationale-Nederlanden 😉 Tak, praca była poważna, nadal jest, choć zawód Agenta jest mocno niedoceniany w Polsce. A szkoda. Ale nie o tym chciałam. Przychodzili tam ludzie, którzy już mieli tatuaże, młodzi i starsi. My, młode kobiety, wymyśliłyśmy sobie modę na piercing. Po kolei chodziłyśmy do salonu Prykasa i przekłuwałyśmy pępki. Ja też. Ale zanim poszłam, usłyszałam zwątpienie w głosie mojego kolegi:

-Ty? Ty sobie nie przekłujesz pępka! Nie ma szans. Stchórzysz!

Ponieważ Prykas robi genialne tatuaże, a kolega lubił się zakładać, to zaproponowałam:

-Okay. To zakładamy się. Jeśli ja sobie zrobię kolczyk to Ty tatuaż. Przy świadkach.

Znalazł się nawet Sędzia Zakładu, świadków było z dziesięciu. Mój oponent go przyjął, licząc na to, że spietram. A ja… wzięłam Agę i poszłyśmy do Studia. Przekłucie bolało jak diabli, bo laski mnie wrobiły i powiedziały, że to nic a nic nie boli. A ja głupia i naiwna uwierzyłam! Zero przygotowania. Mało nie brakowało, a bym tam zemdlała. W każdym razie niestety dla niego, Marek przegrał zakład i ma pamiątkę po mnie. A ja satysfakcję. Bo musiał i zrobił sobie dziarę na ręku. Honorowo. Tak zrobił, że potem Żona chciała go wyrzucić z domu!

Nie chcę się dziarać!

Halina miała tatuaż. Smoka nad lewą piersią. Młoda, dwudziestokilkuletnia kobieta, a tatuaż nie był za dobrze zrobiony. Nie podobało mi się. Nie chciałam mieć nic na skórze. Potem dziara Marka, zrobiona na „odwal się”, więc takie byle co też mi się nie podobalo. Były w modzie Tribale, dziewczyny robiły na krzyżu. Niby fajnie wyglądało zza jeansów, ale żeby tak przez całe życie? Aga na szyi pod włosami zrobiła sobie jakiś chiński znaczek. Do dziś mam nadzieję, że to nie była nazwa jakiejś orientalnej przyprawy. Wtedy wyleczyłam się z myśli o dziarze. Bez sensu! Jak Kaja mówiła o dziarze, spokojnie przytaczałam wszystkie możliwe argumenty. Ona spokojnie przytakiwała. I tak zostałyśmy w zgodzie.

Kilkanaście lat później…

Pomysł wrócił kilkanaście miesięcy temu. Czasy się zmieniły, w internecie jest wszystko, pooglądałam co nieco. Do tego kilku moich kolegów z Tygrysem włącznie, ma wydziarane ręce. Te zwykłe, za przeproszeniem, „pierdolniki” mi się nie podobają, bo nie wiadomo, co to, po co to i na co? Historia ich zwykle pozostawia wiele do życzenia, tak samo jak stan skóry w tym miejscu. Natkane różne obrazki, każdy z tzw. innej parafii, też mi nie imponują. Wilk to nawet zrobił sobie dziarę razem z żoną. Taką samą sobie zrobili. Twierdził, że dla żartu. Okay. Tyle, że żona potem znalazła sobie następnego męża, więc się rozwiedli, a tatuaż został. Teraz przydałoby się tam zasłonić to miejsce, w sumie adekwatnie, jakimś fajnym Wilkiem.

Rozmowy.

Z racji tego, że Wilk miał wiele doświadczeń, a ja lubiłam bardzo z nim rozmawiać, to wielokrotnie ten temat obgadywaliśmy. Oglądaliśmy projekty, rozmawialiśmy o wielkości. Rozumiałam motywację, żeby zasłonić to „cudo”. Nie rozumiałam jednak motywacji, po co wogóle się dziarać. Oglądałam też mnóstwo programów na TLC. Miami Tatoo, Kate Von D, „Tatuaż do poprawki” i inne. Usłyszałam wiele, wiele różnych opinii na temat motywacji do robienia i do zdejmowania dziar ze skóry. Pomna bólu, o którym słyszałam od bohaterów tych programów i rozmów z Wilkiem, nadal byłam przeciwna.

Decyzja.

Nie wiedzie mi się ostatnio. Wilk wyleciał za granicę i nie chce wracać, w sumie to nie wiem, co mam robić. Niby powiedział dlaczego, powiedział, że wróci, ale w trakcie zmienił zdanie i nie chce teraz odebrać telefonu. Ból w trakcie tej kłótni, pierwszej i jednocześnie ostatniej, był tak rozdzierający, że moja wyobraźnia, w bezsilności emocji, pokazała mi Ryczącą Lwicę zamiast mnie. Taką poranioną, chodzącą po sawannie i nie pozwalającą się dotknąć. Parę razy od tego czasu powtórzyła mi się taka mocno emocjonalna sytuacja. A to w pracy, a to w mojej Firmie, a to patrząc na konto, czy odbierając telefon czy korespondencję w jakiejś chorej sprawie. Jak byłam w związku, to zawsze przychodziłam do Ukochanego i płakałam mu w ramię. Mi się robiło lepiej, a Jemu niekoniecznie. Teraz jestem sama i … widzicie tę Lwicę, chodzącą z Lwiątkami? I uczącą je samodzielności? Polującą? Odganiającą samców? To ja. Tak się czuję dzisiaj. Ale też może bym nie myślała o tym, gdybym nie zobaczyła z bliska tatuażu Tygrysa. Naprawę, to co widziałam u chłopaków, a to CUDO, to ziemia a niebo! I tak dzisiaj pomyślałam, po wczorajszej decyzji o rozwodzie, że dodam sobie animuszu i wstawię na ramię albo na żebro Lwicę. I będę Ja, Lwica i tatuaż.

Co Wy na to? Czekam z niecierpliwością na wszystkie Wasze opinie. Czekam na nie pod tym wpisem. Z góry dziękuję,

Czarna