Książka, Pasje

Jej świat. Fragment.

Tosia siedziała na tarasie swojego nowego domu. Od kilku tygodni była sama, towarzyszyły jej jedynie koty. Przez ostatnie dni świat jej wirował wokół głowy i próbowała odnaleźć równowagę. Przestrzeń, w której przebywała, dawała jej ogromną swobodę, jednocześnie czula się w niej bardzo samotna. Syn żył już swoim życiem i jedynie odwiedzał ją od czasu do czasu. Huragan wywołany przez kilkutygodniową obecność Marcina ucichł. Był tak silny, że nie było jej łatwo wrócić do siebie.

Fizycznie nie czuła się dobrze. Ciągle czuła zapach papierosów, miała zawroty głowy i wielką niechęć do wszystkiego. Chciała odpocząć. Sama. Wrócił jej lęk z czasów dzieciństwa, kiedy jej matka zmieniała się nie do poznania po alkoholu. Była alkoholiczką, choć nikt nigdy tego nie przyznał wprost. Wtedy wymyślała jakieś dziwne teorie. Oceniała wszystkich i wszystko wokół. Idealizowała siebie albo robiła z siebie ofiarę. Zachowywała się dziwnie i angażowała wszystkich w swoje poczynania. Nie da się opanować alkoholika. Trzeba mu pozwolić się stoczyć. Mimo tego, że się go kocha. Matka Tosi miała to nieszczęście, że jej mąż bardzo ją kochał i opiekował się nią. Za bardzo. Kiedy ona dorosła, przestała się angażować w tę relację. Bywało, że przyjeżdżała do niej w odwiedziny. Z czasem jednak coraz rzadziej. Jednak matka lubiła dzwonić, kiedy była pijana. Wtedy Tosia szybko kończyła rozmowę. Lęk był zbyt silny, żeby Tosia chciała za każdym razem jeszcze raz przez to przechodzić.

Dzisiaj jedyne, czego się bała, to powrót do tamtych zdarzeń. Chciała uciec od ludzi, którzy mogliby choć trochę przypominać jej tamte sytuacje. Wiedziała, jak bardzo pijaństwo matki i uległość ojczyma doprowadziło do ciągu nieprawdopodobnie złych zdarzeń. Zdarzeń, które mają wpływ na życie wielu związanych z nimi osób. Tośka miała wielki dylemat. Wszak życie nie jest czarno – białe. Nie można twardo postawić reguł, a potem zasadniczo i bezwzględnie się ich trzymać. Sama złożyła sobie kiedyś obietnicę, że nie wypije kropli alkoholu, a z czasem zauważyła, że wystarczy lampka wina, żeby myśli lekko się wyluzowały.

-I jak tu żyć? – myślała. – Kto jest bez winy niech pierwszy rzuci kamieniem. Kochaj bliźniego swego jak siebie samego. Nie mniej i nie bardziej. – przypominała sobie prawdy, zgodnie z którymi żyła. – Czy to ma oznaczać, że będę żyć sama? Czy ludzie, którzy mnie kochają nie mogą zrozumieć, że dla mnie to za dużo? Że potrzebuję wokół siebie przytomnych ludzi? Może tak jest… Może dla nich to za dużo… ja odpowiadam za siebie przed sobą, ludźmi i… Bogiem.

Dzień był słoneczny i piękny choć zimny. Styczeń był wyjątkowo ciepły. Zatopiła się w tych myślach wygrzewając twarz na słońcu i ucząc nowego… bycia samej z sobą…