Książka, Pasje

Jej świat – Motylek

Zapłakana Tośka patrzyła na śpiącego obok niej synka. Była w domu swojej przyjaciółki. Potrzebowała przerwy w życiu. Urlopu od myśli, od bólu. Za każdym razem, kiedy zamykała oczy, widziała siebie w postaci wściekłej wojowniczki, która z bólu zdrady szła w skórzanej, plecionej zbroi przez wioskę i ogromnym młotem na długim sztylu niszczyła wszystko, co stanęło jej na drodze.

To miał być jej dom a stał się więzieniem, w którym służyła komuś, kto miał ją za nic. Kto siebie miał za nic… Oddała wszystko, zmieniła życie i  po co? To złe miejsce… Kiedy już skończyła siać zniszczenie, włożyła otulone w wilczą skórę niemowlę do skórzanego nosidła, wsiadła na konia i odjechała. Jechała przez kanion w świetle południowego słońca nie oglądając się za siebie. Niemowlę spało. Koń galopował miarowo. Miał przy bokach przytroczone przepełnione juki.

Tośka otworzyła oczy i poczuła ten cholerny ból w dołku. Wstała powoli, otarła łzy, rozejrzała się po pokoju. Pamiętała go z dzieciństwa. Obie z Martą tutaj spały, pisały pamiętniki, rozmawiały o swoich miłościach. Otworzyła szufladę komody i znalazła zeszyt, który razem prowadziły. Kartka po kartce znajdowała wróżby, pasjanse, wierszyki, zdjęcia idoli… Uśmiechnęła się do siebie. Tyle nadziei na dobre życie, na spełnioną miłość… Spojrzała w okno. Znajomy widok rodzinnej wioski. W oddali krzyż kościoła.

– Jak to się wszystko mogło stać? Dlaczego? – pytała sama siebie. Zamyślona udała się do kuchni. Telefon trzymała w ręce. Nawaliła, bo zerknęła do Twittera. Marcin wrzucił film Prolife. Opatrzył go takim komentarzem, który był skierowany tylko i wyłącznie w nią. Upadła na kolana. Mścił się. Trudno się dziwić… zabrała mu dom. Ale on nie rozumiał niczego. Nie kochał. Tego teraz była po tysiąckroć pewna.

Klęczała z czołem opartym o ziemię, rękami obejmowała brzuch. Próbowała złagodzić fizyczny ból. Miała rację, była pewna, że zrobiła to, co trzeba było. Teraz powinna się pogodzić z konsekwencjami. To było do przewidzenia, że atak zostanie skierowany w najczulszy punkt. Trwała tak kilkadziesiąt minut, aż poczuła spokój. Spokój, który kiedyś otrzymała. Wstała, podeszła do walizki, wyjęła zeszyt. Szybko przewertowała… to nie ten. Wzięła następny i jeszcze jeden. Szukała pośpiesznie, gniotąc kartki. Jest! Znalazła to. Poszła do kuchni, nalała do szklanki wodę z dzbanka, wzięła ją do ręki, usiadła przy stole, zrobiła łyk i zaczęła czytać.

„List do Dziecka. Do…

Kochanie, jak masz na imię? Nazwałam Ciebie Motylkiem, pamiętasz? UleciałOś ze mnie tak strasznie… Nie potrafiłam Ciebie uchronić przed samą sobą….

Przepraszam…

Kiedy zamykam oczy, widzę moment Twoich narodzin i śmierci. Nie umiem i nie chcę tłumaczyć, dlaczego Cię zabiłam. Dzisiaj zrobiłabym inaczej… Bezpiecznie, w moich ramionach poznałObyś świat.

Słyszę w w uszach twoje pytanie: „Mamo, dlaczego mnie nie chciałaś?” Wyszeptane, zdziwione…

Tak bardzo chciałam odwrócić czas. Prosiłam pana Boga, żeby dał mi Ciebie z powrotem. Przez wiele lat wierzyłam, że jesteś swoim bratem, że on to Ty. Myślałam, że dam radę z tym żyć, że Cię zabiłam, że Cię nie chciałam, bo od Ciebie ważniejsza byłam wtedy ja sama. Nie umiem sobie tego wybaczyć.

Tak bardzo chciałabym zobaczyć, jak rośniesz, czy jesteś dziewczynką, czy chłopcem, czy jesteś zdrowe, czy chore – jak omamiał mnie Twój tato.

Jakiego koloru masz oczy, włosy, co lubisz robić? Dzisiaj chodziłObyś do pierwszej klasy gimnazjum. MiałObyś trzynaście i pół roku? Nie, trzynaście lat.

Dziękuję, że byłOś. Że się poświęciłOś. Że choć te kilka dni, kilka chwil byliśmy razem, bo zmieniłOś moje życie. Nie od razu byłam w stanie to zobaczyć. Dopiero wtedy, kiedy mogłam, umiałam już na głos powiedzieć, że byłOś. Kiedy przestałam się bać i zaczęłam ufać Bogu. Bo to dzięki Niemu to dobre, które mam teraz mam. To bardzo boli, że straciłam Ciebie w imię siebie. Tak bardzo boli, że z całych sił nie chcę tego czuć, bo rozerwałoby to moje serce na kawałki. Z BÓLU. Z ROZPACZY. Z TĘSKNOTY. Z ŻALU. ZE WSTYDU.

Jestem złą matką.

Jestem suką.

Zabiłam Cię.

Nie ma dla mnie już nic.

Przy moim życiu trzyma mnie Twój Brat, bo prosiłam Boga, żeby mi dał Cię z powrotem. Czy Ty jesteś tu ze mną czy patrzysz na mnie z nieba?

Czy kiedykolwiek będę mogła Cię zobaczyć? Czy kiedykolwiek mi wybaczysz?

Moja mama mnie urodziła i mi powiedziała, że chciała mnie zniszczyć. Bodaj mnie zniszczyła przed narodzeniem, żebym ja tego nigdy nie zrobiła!!!

Nie umiem żyć ze świadomością, że Ciebie zabiła,. każdy dzień jest dla mnie ucieczką. Nie umiem się już niczym cieszyć, bo każdy dzień jest karą za mój grzech. Wolałabym sama naprawdę umrzeć niż zrobić to. Każdego dnia kuszę los, aby mnie zabrał do Ciebie.

Wiem, że robię dużo dobrych rzeczy, uczynków, ale żaden z nich nie jest w stanie zmyć mojej winy i wyrzutów sumienia. Nie umiem sobie tego wybaczyć, proszę Ciebie o przebaczenie i choć wiem, że za ziemskiego życia nigdy go nie usłyszę, będę każdego dnia do końca mojego życia prosić Ciebie o nie.

Przebacz mi Mój Motylku!”

Zamknęła oczy, widziała łąkę a nad nią fruwające motyle. Potem przeniosła się myślami do motylarni w zoo we Wrocławiu. Klatka, uwięzione na zawsze, bez nieba… Tonęła we łzach, szlochała, łkała, aż się zanosiła. Wycierała łzy dłońmi, nie była w stanie wstać. Synek spał, jakby wiedział, że mama potrzebuje tego czasu. Słońce pięknie świeciło, na niebie zobaczyła jedną, białą chmurę. Otarła oczy, nos, położyła się na podłodze w pozycji embrionalnej i patrzała pusto w tę chmurę. Pomału się uspokajała. Pisała ten list jakiś czas temu. Zastanawiała się, czy Marcin znalazł ten zeszyt i to wcześniej przeczytał, czy po prostu uderzył w czuły punkt nie znając jej uczuć.

Czytała go na głos przed grupą kilku zaufanych osób. Wszyscy płakali razem z nią.  Napisanie i przeczytanie go przed przyjaciółmi zadziałało wtedy oczyszczająco. Po kilku dniach uspokoiła się i wspomnienia z tego dnia przestały wracać. Leżąc na dywanie słyszała w uszach stukot narzędzi, czuła ich zimno na skórze, jeszcze raz zasypiała w narkozie, jeszcze raz widziała jego twarz zaprzeczającą, jakoby był ojcem. Monitor komputera, zielona czcionka na czarnym tle i twarz starego lekarza, który widział wszystko na świecie. Jej oczy też. Spojrzał w nie i zapytał:

-Dziecko, oglądasz „Klan”?

-Nie – odpowiedziała

-Usiądź tu, ja zaraz wrócę – wyszedł do innego pomieszczenia. Słyszała dialogi serialowe, jednak nieruchomo siedziała na krześle i czekała, az wróci. Trwało to około półtorej godziny. Lekarz wrócił, pokazał łóżko, jakaś kobieta dała jej zastrzyk, stuknęły narzędzia i potem ktoś włożył ligninę między jej nogi. Ściągnęli ją półprzytomną z łózka, ubrali, odprowadzili do drzwi, przekazali mężczyźnie. Coś mówili, ale ona półprzytomna nic nie była w stanie zapamiętać. Ten zaprowadził ją do swojego Forda, zapiął pasem i zawiózł do domu. Zaprowadził pod drzwi, zadzwonił. Otworzyła je matka. Tośka położyła się do łóżka i spała do rana.

Dzisiaj była pewna, że matka myślała, że ona jest pijana. Pamięta to uczucie pustki, osamotnienia, tajemnicy… Nikt nic nie chciał zobaczyć, nikt nie zapytał, co się stało. NIKT. Następnego dnia rano poszła do pracy jak gdyby nic się nie wydarzyło. Znienawidziła człowieka, który ją wtedy tak zostawił. On dalej twierdził, że ją kocha a ona nie potrafiła się nijak słowami skonfrontować. Zaczęła z nim rozmawiać jego językiem. Robiła jemu takie próby, wystawiała go na takie okoliczności, w jakich zawsze on stawiał innych i wygrywał, podbudowując swoje ego. Tyle, że trafił na nią. A ona znała go jak nikt.

To był czas, kiedy modny stał się piercing. Tośka marzyła o kolczyku w pępku. Dziewczyny jedna za drugą przychodziły z biżuterią, w końcu ona tez się odważyła. Ale zanim poszła, rozmawiała w kuchni z koleżanką. On podsłyszał i zaczął się szyderczo śmiać:

-Ty? Hahahaha! W życiu zrobisz sobie tego nie zrobisz!

„Kurwa, będziesz cierpiał za to, że się śmiejesz ze mnie, gnoju”-pomyślała. Wiedziała, że on się wyśmiewa z jej strachu przed bólem i akceptacją przez bliskich. „Zemsta!” – jej forma nie wymagała długiego zastanawiania się. Marek w zakładach zawsze był honorowy. Jeśli już przegrał, to ponosił porażkę. Dlatego podchodził zawsze do tych zakładów, w których był pewny, że wygra. Jeśli miał cień niepewności, miał swoich ludzi, którzy mu pomagali. Sama kilka razy straszyła jego oponentów, a potem wszyscy mieli ubaw po wygraniu zakładu walkowerem. Ale tym razem ona była jego trudnym przeciwnikiem, ale on o tym nie wiedział. Był bardzo pewny siebie.

-Założysz się, że zrobię!

-Hahahahaha! Jasne!

-Ok, zbieramy świadków!

Zebrali wszystkich ludzi obecnych w biurze. Najbardziej szanowany kolega przecinał zakład.

-O co się zakładacie? – zapytał.

-Zakładamy się o to, że jeśli ja zrobię sobie kolczyk w pępku, to Marek robi sobie tatuaż!-powiedziała Tośka.

-Marek, zgadzasz się?

-Hahahaha, jasne!

-Zakład przyjęty przy świadkach! – powiedział Wiesiek przecinając splecione dłonie. Wszyscy bili brawo.

Kilka dni później Tośka z Anetą wróciły do biura z przerwy obiadowej. Zawołały na papierosa dyrektora, który był prywatnie przyjacielem Marka. Pokazały mu pępek Tośki, a w nim przepiękny turkus w srebrnej oprawie.

-O kurcze… No to Marek teraz ma problem – powiedział parskając śmiechem.

Wszyscy razem udali się do niego do kuchni. Ten, jak zobaczył kolczyk, zbladł. Mina zasługiwała na uwiecznienie zdjęciem w ramie, powieszonej na głównej ścianie biura.

-Kiedy idziesz? – zapytała.

-Yyyy, no… – bąkał. Krzysiek zakrył usta ręką. Dusił się ze śmiechu. Tośka czuła triumf. Wygrała.

-No kiedy? – zapytała stanowczo.

-Jutro.

Faktycznie nazajutrz wrócił z zaklejonym ramieniem. To, co zobaczyła pod spodem, utwierdziło ją w przekonaniu, że to pipa, nie facet. Poległ. Wydziarał sobie na całe życie kawałek infantylnego węża, zwiniętego w kształcie litery „S”. Na domiar złego miał pamiątkę po niej. Będzie cierpiał za każdym razem, jak na to popatrzy. A popatrzy codziennie przed lustrem, jak będzie się golił. Ale to jeszcze nie był koniec konsekwencji zakładu… Marek był żonaty… Podobno całe osiedle słyszały jego Kryśkę, jak darła się na niego, że na starość ogłupiał. To dopiero była kara!

Trzy miesiące później razem pojechali załatwić sprawę u pewnego małżeństwa. To byli młodzi ludzie, rodzice siedmiomiesięcznego Adasia. Nie byli w stanie z nimi rozmawiać, bo dzieciątko wymagało uwagi. Tosia w pracy uchodziła za emocjonalnie niedojrzałą pracoholiczkę, nieinteresującą się swoim synem. Jej dziecko było całymi dniami z dziadkami. Nikt nie znał genezy tej sytuacji. Sądzono po pozorach, że jest niedojrzała. Jednak w tym dniu, w tamtym momencie zrobiła coś nieprawdopodobnego. Zapytała klientki:

-Czy miałaby Pani coś przeciwko, jeśli ja zajęłabym się Adasiem na ten czas, jak kolega będzie Państwu wyjaśniać sytuację?

-Oczywiście, proszę go wziąć. – z ulgą odpowiedziała klientka. Tosia wzięła Adasia na ręce i zaczęła nim się zajmować tak, jak robi to najlepsza i kochająca mama. Marek poprowadził spotkanie. Od czasu do czasu spoglądał na nią, jak pokazywała dzieciątku ptaszki, kwiatuszki i książeczki. Zamilkł bezwiednie, kiedy posadziła go na kolanach i razem bawili się rączkami w Kosi -Kosi. Przytulała go i śpiewała. Widok był bardzo rozczulający. Zamknęli sprawę z sukcesem. Wracali w milczeniu do biura jego samochodem. Tym samym, którym zawiózł ją i odwiózł z zabiegu. Czuła za każdym razem wstręt i nienawiść. Ale cieszyła się, że była tam na tym spotkaniu, te chwile z dzieciątkiem w ramionach zapamiętała na długo. Na ostatnich światłach Marek powiedział:

-Tosia, przepraszam Ciebie. Byłem głupi. Źle zrobiłem, myślałem, że nie dasz rady zająć się dzieckiem. Wybacz mi. Kocham Cię. Zamieszkaj ze mną.

Nie spojrzała na niego. Nie drgnęła jej lewa powieka ani żaden mięsień na twarzy. Odpowiedziała zimno patrząc przed siebie:

-Nie. Nie ma takiej opcji. Zepsułeś wszystko. Nawet nie masz pojęcia jak bardzo.

Kilka miesięcy później, sześć miesięcy po aborcji zaszła w ciążę. Marek zażądał zaświadczenia. To był ostatni cios, jaki mu zadała. Sprzedała mieszkanie i wyprowadziła się do innego miasta. Dzwonił do niej jeszcze przez rok. Tak, kochał ją. A ona jego. Zastanawiała się, czy dobrze zrobiła. Czy powinna mu wybaczyć. Przeczytała wiele artykułów i ludzi po takich samych przejściach. Odpowiedź była jedna: związek po aborcji nie ma prawa istnieć. Tak, zepsuł wszystko.

Ona została z brzemieniem zabójstwa dziecka na długie lata. List, który napisała po czternastu latach od tych wydarzeń oczyścił jej sumienie lepiej, jak spowiedź, którą szczerze odbyła i odprawiła pokutę. Mogła żyć dalej. A Bóg? Bóg, kiedy prosiła o dziecko, dał jej kolejne. Tym razem z Marcinem.

Tylko czy Marcin będzie w stanie się zmienić, kochać tylko ją, odrzucić inne kobiety i mieć rodzinę, jakiej oboje nigdy nie mieli? Wątpiła w to szczerze…