Książka, Pasje

Jej świat.

– Kiedy to było, że Twój mąż był w mundurze?

– To była impreza uczelniana, jak co roku…

– Byłaś tam, pamiętam Cię, inwigilowałem jego i kolegów…

„Możliwe. Możliwe też, że to niezły podryw. Na jedno moje zdanie można znaleźć kilkanaście wymyślonych historii” – myślała – „ale cholera, on działa. Raz kozie śmierć. Jestem w takiej czarnej dupie, że chwila przyjemności, zakazany owoc choć na chwilę poprawi mi ten zjebany humor…” Słuchała jego opowieści i coraz bardziej angażowała się emocjami. Wszak każda kobieta chce poczuć się jak Kopciuszek, żeby znalazł ją Książę, zabrał do swojego zamku i poślubił. A tutaj jeszcze słyszała historię porzuconego piętnastoletniego chłopca, którego rodzice się rozwiedli i każde poszło w swoją stronę… Mieli pieniądze, ale nie mieli w domu miłości. Ojciec pił, bił matkę, ta za czasów komuny uciekła od niego za granicę. A Marcin został sam. Miał mieszkanie nad morzem, miał na Śląsku, ale i tak był pozostawiony sam sobie. Niby już dorosły, ale nastoletni. Ani matka, ani poproszona o opiekę ciotka ani ojciec nie umieli albo nie chcieli się nim zajmować. Matka daleko, ale taki chłopak nie potrzebuje mamusi tylko poprowadzenia przez mądrego ojca. A ojciec sam z sobą nie dawał sobie rady. Macocha, jak to macocha, delikatnie mówiąc nie przepadała za Marcinem. Ojca na chwilę zastąpił wujek. Marcin miał choć trochę czasu, żeby poczuć się jak nastolatek. Wujek, mądry człowiek, znalazł mu pracę. Jednak okiełznać zbuntowanego piętnastolatka, nie jest łatwo nawet wtedy jak się chce. A co dopiero zrobić w sytuacji, kiedy dorośli mają swoje „ważniejsze” sprawy? Marcin został sam w swojej kawalerce, chodził do szkoły, kiedy chciał, nauczycielom dawał nieźle popalić. Bardzo inteligentny dzieciak w konfrontacji z zakompleksionymi nauczycielkami to niezła, wybuchowa mieszanka. Zapowiedź kłopotów. A do szkoły nie było możliwości wezwania rodzica. Bo jak? Nieobecności w szkole miał coraz więcej, jednak wprost proporcjonalnie do liczby kolegów. Chłopak potrzebował pieniędzy na życie i szybko sobie poradził. W dzień szkoła, a po południu do nocy praca w pirackiej wytwórni kaset. Chata wolna, więc imprezy odbywały się u niego. Kasety trzeba było sprzedać, więc zaczął jeździć do Berlina. Czasem trzeba było w drodze powrotnej załatwić fuszkę, czyli przewieźć zamówiony samochód na wschodnią granicę za kilka marek. Ryzyko spore, ale Młody Marcin nie miał nic do stracenia, a do zarobienia była penga, więc szybko się nauczył robić prawie każdy niemiecki wóz.

Passa szła mu dobrze do czasu, kiedy komuś zaczęła przeszkadzać jego zawartość portfela. Bo jak to jest, żeby Młody miał więcej kasy niż „uczciwie” pracujący milicjant? Sąsiedzi z klatki w czterech zaprosili chłopaka na komendę. Nie było możliwości odmowy. Jak? W kajdankach?

  • Wiesz Tosia, mnie nigdy rodzice nie uderzyli… Nie wyobrażam sobie tego…

  • Wiesz, mój ojciec nigdy nie uderzył matki, był święty pod tym względem. I nie zostawiliby mnie samej, mimo, że wiele razy chciałam sama uciec z domu. Dostałam wiele razy w dupę, pasem i nie tylko. Ale byłam krnąbrnym dzieckiem a oni byli na mnie za starzy i zbyt zmęczeni życiem. Nie mieli cierpliwości. Wybaczyłam im… A dzisiaj nie wyobrażam sobie tego, jak mogłeś przez to przejść. Jak Ty się czułeś samotny. Nie miałeś młodości. To straszne.

Nie znosił współczucia ani litości. Potrzebował wsłuchania, zrozumienia i spokoju.

  • Zaciągnęli mnie na komendę na pierwsze piętro i mnie katowali. W czterech. Bili do nieprzytomności. Żadnemu z nich nie wybaczyłem. Jeden z nich wylądował w przytułku dla bezdomnych i teraz ja jeżdżę go czasem odwiedzać. To dla niego najgorsza kara, kiedy bierze ode mnie paczkę fajek. Ale bierze, bo nie ma honoru. Bo nie ma już nic.

  • A co z resztą?

  • Jeden zaginął w niewyjaśnionych okolicznościach – Marcin uśmiechnął się. – Jeden jest był policjantem, szkolił mojego kolegę. To jest dla mnie haniebne, że były Ubek przeszedł do policji jak gdyby nigdy nic i śmiał się wszystkim w twarz. Bezkarnie. A dzisiaj na koszt państwa pobiera emeryturę i jeździ taksówką.

Tosia chciała mu powiedzieć, jak bardzo jej jest przykro. Jak bardzo chciałaby wziąć czarodziejską róźdżkę i zmazać to z jego przeszłości a przynajmniej z pamięci. Ale bez tego nie byłby tym, kim jest dzisiaj i nigdy by się nie spotkali. On cholernie nie lubił tego współczucia. Chciał z nią być, chciał robić wszystko razem. Ona się tego bała, bo sama kiedyś tak chciała i dostawała prędzej czy później ogromny, bolesny cios.

„Oddychać Tobą, pachnieć Tobą, myśleć Twoimi myślami, być jednością…”

Oboje tego chcieli, ale rozmowy o tym, co jest między nimi i w nich, zawsze kończyły się kłótnią.

  • Jak mogę Ci to powiedzieć, żebyś mnie zrozumiał?

  • Ty nie rozumiesz, ja Ci chcę to wyjaśnić, a Ty ciągle mi przerywasz! Ja zaczynam mówić i od razu się denerwuję! – Emocje gęstniały jak galaretka.

Zagryzała wargi i słuchała go. A on mówił. Czasem miała dosyć, więc krzyczała na niego, bo trafiał w sedno, w czuły punkt. Nie chciała pamiętać o swoich błędach. Nie do wszystkich miała dystans. On wtedy mówił, że może odejść, ale że już zadeklarował się, że będzie na dobre i na złe. A ona wiedziała, co on zrobił, ile poświęcił, żeby tu być i znowu zagryzała wargi. Wiedziała, że jest honorowa i uparta. Wiedziała, że jej upór wpędził ją w problemy. Więc albo milkła albo płakała z bezsilności. Kiedy oboje cichli, wiedząc, że ponoszą ich emocje, każde myślało o tym Drugim. Chciała dać mu dom, szlag ją trafiał, że dzisiaj nie jest tak idealna jak była dwadzieścia pięć lat temu. Ale bez tych wszystkich doświadczeń nie spotkaliby się. Ona bałaby się go wtedy okrutnie. Tak musiało być. Nie było innej drogi do tej miłości.

  • Królik – napisał kiedyś w komunikatorze.

  • Co królik? Nie lubię królików. Obdarte ze skóry wyglądają jak nagie noworodki.

  • Musiałem coś zrobić. – zaczął swoją opowieść – Chodziłem do kościoła ewangelickiego i tam spotkałem jednego człowieka. On mnie zapytał: „Synu, co chcesz robić w swoim życiu?” A ja odpowiedziałem: „Walczyć z komunizmem!” Wiesz, wszystko przez tych Ubeków. Nienawidziłem komuny. Chciałem coś zrobić dla swojego kraju.

  • „I zemścić się” – pomyślała Tosia.

  • I tak trafiłem na Korsykę. Tam hartuje się stal. Byłem na rekrutacji, sprawdzali mnie, czy dam radę zabić. Postawili mi białego królika i dali rozkaz zastrzelenia go. Odmówiłem jego wykonania. Bezsensowna śmierć i do tego wiesz, ta krew rozbryzgana wszędzie… Nie, nie mógłbym go zabić. Za każdym razem, kiedy miałem wykonać bezsensowny rozkaz albo zlecenie, widziałem tego królika.

  • Znasz francuski?

  • Tak, nauczyłem się na stołówce: manger czyli jeść. Szybko się nauczyłem, że jak nie powiem, że chce mi się sikać, to będę musiał się zeszczać w gacie. No i dormir – spać. Wspieraliśmy wojsko w Sarajewie. Miasto w dolinie. W owym czasie potrafiłem odstrzelić jaja komarowi z 1500 metrów… Nie dokończyłem kontraktu…

Pomyślała: „- o ironio losu” – bo w czasie, kiedy Marcin hartował się na Korsyce i śpiewał „Kepi Blanc” stoją godzinami jedynie z głową nad błotem i karabinem w rękach nad głową, ona nudziła się na lekcjach francuskiego w swoim ukochanym liceum. Było jej ciepło, wygodnie i jedynym jej problemem wtedy było, jak opowiedzieć chłopakowi o dniu bez opowieści o koledze z ławki obok… Chodziła wtedy na strzelnicę, ale zazdrosny chłopak zabraniał jej, bo twierdził, że to nie jest dla niej zajęcie. No i ten kolega z ławki też tam bywał. Wydawało jej się, że ma takie ciężkie życie.

Marcin miał silną motywację i niesamowite umiejętności. Niesłychanie inteligentny i… niepokorny, co później miało ogromne znaczenie w jego życiu. Miał niezawodne oko. Kiedy trafił w samo serce piekła wojny w Jugosławii, do Sarajewa, to był początek końca jego kariery. Żołnierze mieli swoje zadanie – wspomaganie sił ONZ. Mieli pomagać cywilom i rozminowywać miasto. Nie było mowy o angażowaniu się w działania zbrojne. A było ono wręcz naszpikowane minami i snajperami.  Największe pole minowe znajdowało się koło lotniska. Niestety niedaleko były bloki a przy nich bawiły się dzieci. Dzieci jak to dzieci, bawiły się na ulicy w chowanego, grały w piłkę, w berka…Często na pole wpadały im piłki lub szły tam z zupełnie innego powodu. I zwykle już nie wracały do domów… Ktoś musiał oddać okaleczone dziecko do szpitala lub martwe ciało rodzicom. Teren był w jurysdykcji Legii, więc to żołmierz musiał zrobić. Tylko psychopata nie odczułby żadnych emocji w momencie niesienia rannego lub martwego dziecka w ramionach i patrzenia w jego oczy… Jednak Aleja Snajperów w Sarajewie to było najniebezpieczniejsze miejsce w Sarajewie. Ludzie ginęli w drodze po wodę czy chleb. Cywile byli zdruzgotani. W pułapce bez wyjścia, bez jedzenia, wody… Jeszcze długo po wojnie w mieście było największy odsetek samobójstw na świecie, a pary nie decydowały się na dzieci. Marcin miał dość. Patrzył na śmierć bezsensowną i głupią. Na martwe dzieci, staruszki, kobiety w ciąży… Króliki. Długo się nie zastanawiał i rozpoczął na własną rękę eliminację snajperów. Kiedy stanął po stronie cywili, było jasne, że zdezerterował. Jednak nigdy, w żadnej chwili tego nie żałował. Ludzie ze łzami w oczach błagali o pomoc… Oddawali obrączki, cenne pamiątki, ostatnie pieniądze. On nikogo zawiódł. Na koniec został okrzyknięty „Świętym”. Był z siebie dumny, a Tosia nie dziwiła się wcale i też była z niego dumna. Znała jednak straszliwe konsekwencje ponoszone przez żołnierzy biorących udział w czynnej walce. Marcina też wojna nie oszczędziła. Miał typowe objawy PTSD*. Opowiadał Tosi o śmierci, często krzyczał w nocy, budził się, patrzył na zegarek. Nie mógł zasnąć bez chemii. Potrzebował leków uspokajających. Tosia była zdruzgotana. Bardzo chciała mu pomóc, ale „nie da się” to jedyny moment, kiedy mogła ze spokojnym sumieniem się przekonywać. Bo jak zrobić, żeby o tym wszystkim zapomniał? Szukała rozwiązania. Jedyne, co mogła zrobić, to stworzyć mu spokojny dom. Zaryzykować ostatni raz. Choć w jej sytuacji było to ogromnie trudne i wymagało od niej samej sporego samozaparcia i uległości, której w niej ciężko było szukać…

 

*PTSD – (za Wikipedią) – Zespół stresu pourazowego, zaburzenie stresowe pourazowe (ang. posttraumatic stress disorder, PTSD) – zaburzenie psychiczne będące formą reakcji na skrajnie stresujące wydarzenie (traumę), które przekracza zdolności danej osoby do radzenia sobie i adaptacji. Pośród tego rodzaju wydarzeń wymienić można działania wojennekatastrofy, kataklizmy żywiołowe, wypadki komunikacyjne, bycie ofiarą napaści, gwałtu, uprowadzenia, tortur, uwięzienia w obozie koncentracyjnym, doświadczenie ciężkiego bad tripu, otrzymanie diagnozy zagrażającej życiu, choroby itp. Typowymi objawami PTSD są: napięcie lękowe, uczucie wyczerpania, poczucie bezradności, doświadczanie nawracających, intruzywnych wspomnień traumatycznego wydarzenia, flashbacków lub koszmarów sennych o tematyce związanej z doznaną traumą oraz unikanie sytuacji kojarzących się z doznaną traumą (np. doznawszy traumatyzującego wypadku samochodowego osoba z PTSD odczuwa silny lęk przed środkami transportu lub prowadzeniem samochodu i unika tego). Nierzadko początek zaburzenia występuje po okresie latencji, który może trwać od kilku tygodni do kilku miesięcy. Przebieg PTSD ma charakter zmienny, ale w większości przypadków można oczekiwać ustąpienia objawów. U niektórych osób objawy PTSD mogą utrzymywać się przez wiele lat i przejść w trwałą zmianę osobowości (według klasyfikacji ICD-10 kodowaną jako F62.0 Trwała zmiana osobowości po katastrofach – po przeżyciu sytuacji ekstremalnej).