Codzienność, Styl życia

„Moje Biedactwo”

„Moje Biedactwo” – usłyszałam dzisiaj od sąsiadki, którą spotkałam w sklepie. Pamiętam ją dobrze, był taki czas, że stawiała mi karty, jak jeszcze żyła inna sąsiadka z dziesiątego piętra bloku, w którym dziś mieszka mój ojciec. Każda kobieta zna to uczucie, kiedy czasem jedno zdanie spowoduje, że cała skorupa pęka, mur opada i cała staje się swoimi emocjami. Tak stało się ze mną przed chwilą w tym sklepie.

Pół dnia dzisiaj przespałam. Nie wiem, co się dzieje, mam niskie ciśnienie i ciągle jestem senna. Na bieżąco załatwiam sprawy z pracy, ale jestem w domu rodzinnymi tu odpoczywam. Wszystkie afery z ostatnich miesięcy, włącznie z aferą wycieraczkową, która zakończyła się fochem pośrednika, zostawiłam za sobą. Jeszcze do porządku nie zamieszkałam w tym mieszkaniu a już go nie lubię. W zasadzie ostatnio niczego nie lubię. Mam zły czas. Mój organizm odmawia mi współpracy, boli mnie żołądek, mam dziwny posmak w ustach, jestemsenna, ciśnienie trupa. Żałuję, że ścięłam włosy.

W życiu zawodowym też nie lepiej. Wszak w jednej pracy zaczynam wychodzić na prostą, ale to małymi kroczkami. Jest o niebo lepiej niż było kilka miesięcy temu, dzięki kilku życzliwym ludziom. Poczułam, jakbym była wreszcie u siebie i nauczyłam się wreszcie nowego systemu. O ile ktoś wogóle jest w stanie się go nauczyć. Pozostała sprawa mojej firmy, tam plecy, że hoho. Jak stąd do Rio de Janeiro. Przeprowadzki z biura i do nowego mieszkania nie pomagały. Wręcz robiły masakryczne zamieszanie. W międzyczasie przyszło pismo z sądu z wyznaczoną datą rozwodu. Tak, byłam silna. Przynajmniej próbowałam.

-Dzień dobry Pani Mario! – powiedziałam dzisiajw sklepie.

-Dzień dobry Kochanie! Co u Ciebie? Pięknie Ci w tej fryzurze!

-Dziękuję, Pani też jak zawsze kwitnąca.

-Co u Ciebie?

-Rozwodzę się. Sąd wyznaczył datę rozprawy w moje urodziny…

-Moje Biedactwo…

Tak, Pani Maria rozwodziła się dwa razy, zanim trafiła na właściwego męża. Więc ona jedyna mnie zrozumiała. Pierwszy raz od otrzymania tego cholernego pisma nigdzie nie pędzę, nie jestem silna i nie chcę być. Zamiast świętować, będę na pogrzebie.

Bo rozwód to najtrudniejsza sprawa, przez jaką musi przechodzić człowiek. I Bóg mi świadkiem, że zrobiłam wszystko, żeby jemu zapobiec… I ten uśmiech ciągle jest nie taki, jak powinien. Ponoć Bóg daje nam tylko takie sprawy, które jesteśmy w stanie udźwignąć. Mam nadzieję. A tymczasem poleżę tu sobie i pomyślę trochę…