Codzienność, Praca, Styl życia

Czy można uciec przed sobą?

Czy można uciec przed sobą? Nie wiem, o czym dzisiaj pisać. W głowie mam pozamykane klastry, które nie wyrabiają ciśnienia wokół mnie. Pracuję od 8:00 do 19:00, każdego dnia w pracy spotykają mnie coraz to ciekawsze niespodzianki. Mówią, że człowiek dostaje od życia tylko tyle, ile jest w stanie udźwignąć. Jeszcze chwila i będę mieć bary jak Pudzian.

Jak to jest w życiu, że człowiek musi stracić, żeby wiedzieć, że to co było, to było dobre? A szczegóły to pierdoły?

Czy można uciec przed sobą?

Siedząc sama w domu, rozmyślam nad różnymi sprawami. Nie jestem w stanie myśleć 24/7 o pracy ani o kłopotach, które teraz mam. Tata nie chce przyjeżdżać, bo starych drzew się nie przesadza. Poza tym patrzy na mnie i serce mu pęka, kiedy widzi, jak bardzo się miotam. Lepiej, żeby się tym nie denerwował. Nic nie przyspieszy ani nie pomoże, bo się nie da. To takie zwykłe problemy polskich przedsiębiorców. Nie do przyjęcia dla normalnych, uczciwych ludzi. Chwilami mam ochotę rzucić to wszystko w diabły i uciec gdzieś. Zacząć wszystko od nowa i zapomnieć o starym życiu. Ale ile razy można wszystko zaczynać od nowa? Czy można uciec przed sobą?

Najtrudniejsze jest wyjście ze strefy komfortu. Ze swoich nawyków i przyzwyczajeń. Wyjście do lasu z utartych ścieżek i tam szukanie własnej drogi. Karczowanie krzaków dla utorowania własnych celów. Podejmowanie nieodwracalnych decyzji. Kiedy przedwczoraj w nocy zobaczyłam, że cały miesiąc mojej pracy poszedł się paść kolejny raz z rzędu, najpierw nie mogłam zasnąć. Pół nocy przepłakałam. Lęk powoduje, że szukam azylu, a jak go nie znajduję to popadam w depresję. Znasz to uczucie, kiedy wstajesz rano i masz tak dość życia, że chcesz zniknąć? Zasnąć i się nie budzić? Ja aż za dobrze. Sprzątanie bałaganu po tym, jak się komuś zaufało pomimo własnych doświadczeń i wewnętrznych ostrzeżeń, jest chyba najbardziej parszywą robotą, jaką trzeba dla siebie zrobić.

A ja jeszcze jestem mega samodzielna. To znaczy chcę być. Nie chcę prosić o przysługi, wolę wykonywać robotę, która do mnie należy. Z jednej strony sporo empatii z drugiej asertywność: to jest moje, tego nie rusz, to biorę na klatę. W takiej mieszance trudno się odnaleźć. Chcesz być dzielna, ale jednocześnie oglądasz się na innych. Kto ma miękkie serce ten musi mieć twardą dupę. I tak wiele jest wokół mnie niewiadomych. A kiedy widzę, że ktoś bezczelnie łamie granice to nie umiem stać obojetnie. I tak każdego dnia z łani staję się lwicą i odwrotnie. Męczące zamiany. Nie dość, że jestem kobietą i PMSy mnie męczą na zmianę ze znoszeniem jajka, czyli huśtawka hormonalna co dwa tygodnie, to jeszcze moja własna osobowość musi być sztucznie zmieniana na LWIĄ. Żeby chronić własnych granic. Męczy mnie to. Strasznie.

Marzę o tym, żeby móc w pracy tak nie walczyć o byt, żeby wyjść z tych tarapatów i spokojnie żyć. Żeby żyć z Kimś Kogo Kocham Najmocniej i On Mnie Kocha Najmocniej i pisać te książki dla siebie i dla Was w ogrodzie pełnym kwiatów. I przyjmować Dzieci. I Wnuki. I Gości. Gotować. Nie, nie piec, bo robią mi się zakalce. Czy można uciec przed sobą? Nie. I dobrze. Bo tylko tak można spełniać marzenia i mierzyć się z codziennością i rzeczywistością.