Codzienność, Styl życia

Nie mogę spać.

Nie mogę spać. Przyszła północ i rozpamiętuję. Kolejna noc z rzędu, kiedy zastanawiam się, co się stało, że się zje…ało. Mam dość tej cisnącej mnie kulki w brzuchu i natrętnych myśli. Mam dość poszukiwania przyczyny i skutku. Mam dość ignorancji, milczenia i domysłów. Czy tak trudno porozmawiać? Naprawdę?

Te cholerne dociekiwania, czy to była prawda czy iluzja, aby uciec od rzeczywistości. Każdy z nas miał taki związek. Każdy. Wpadasz, pływasz, wydaje Ci się, że wszystko jest pięknie i choć życie nie pieści, to macie siebie. Aż w pewnym momencie łubudup! Spada na Ciebie jakaś skała w łeb. Taki wstrząs przepowiadający. Wiesz, że jest źle, że to nie powinno się wydarzyć, ale myślisz: „minie, to chwilowe, bo życie nie pieści”. Po czym spada na Ciebie kolejne łubudup. Tamto było silne, ale to powaliło Ciebie na łopatki i samej ciężko się otrząsnąć. Nie mówiąc już o wstaniu i chodzeniu, bo to niemożliwe.

Nie mogę spać, bo liżę rany.

Nie chcę o tym myśleć, ale kuźwa te myśli same przychodzą. I jak żyć? Ja się pytam? Szukam w otmęcie wspomnień i znajduję jakieś zdjęcia, filmy, bugjedynyraczywiedzieć co. I po co ja to cholerstwo trzymam? Nie wiem. I nie wiem o co mi chodzi? Czy chodzi mi o to, że zaufałam czy chodzi mi o to, że złamałam swoje zasady? Czy o ki chuj? Za przeproszeniem, sorry for my french. Marzę o tym, aby zasnąć i nie wspominać. Czy jest na to skuteczny sposób? Jakiś? Jeden chociaż? Bo pracy mam sporo, ale zaczynam ją ogarniać, więc pomału w rutynie ciężko teraz już nie wracać do myśli, od których się uciekało… I wiem, że jesteś daleko i że ja święta nie jestem, że do tego trzeba dwojga i to wszystko tak wiem, wiem, wiem. Ale do cholery, czy Wy na tym Marsie tam nie musicie gadać? Naprawdę?? Potem się dziwicie, Panowie, że my sobie dorabiamy ideologię, bo kiedy próbujemy gadać, to Wy się zamykacie, potem wychodzicie i jak gdyby nigdy nic się nie stało.

A my, kobiety, mamy te cholerne emocje.

Tak, to przez hormony i rolę naszą życiową od 5000 lat. Jak Wy biegaliście za mamutami, to my siedziałyśmy w jaskiniach i czekałyśmy, aż wrócicie. Naszą rolą jest odczytywanie emocji, żeby się nie działa krzywda naszym bliskim. Żeby rozpoznawać choróbska i inne ładne kwiatki, które się przytrafiają ludziom. A Wy macie biegać za jedzeniem i przynosić do domu. I dbać o nas, żebyśmy czuły się WAM potrzebne. A nie, że Was wykorzystujemy. Wszak związki na tym polegają, że jedno daje i dostaje. Trzeba umieć dawać ale też trzeba umieć brać! Jak macie katar to umieracie, bo? Bo też chcecie wiedzieć, że nie jesteście nam obojętni. A my się wtedy opiekujemy, przynosimy lekarstwa i takie tam.

Jednak niech tylko zaburzy się jeden element tej układanki, to zaczyna się jazda.

My chcemy Was rozumieć tak, jak Wy chcecie rozumieć nas. Jak to, do jasnej, pogodzić? Czy się da? Myślałam, że tak. Och, jak bardzo się pomyliłam…

Miałam kiedyś po terapii sprawdzone sposoby na takie historie. Ale powrót do tych sposobów to powrót do tego syfu, który mnie tam zaprowadził. A może powinnam jednak tam wrócić? I przeczytać? I zastosować dla własnego zdrowia psychicznego i spokoju Ludzi, z którymi codziennie gadam? Żeby upicie się na mnie podziałało, to flaszka Rakija z chorwackich fig stoi na lodówce. Ale ani nie działa ani nie smakuje.

RATUNKU!