Codzienność, Humor, Pasje, Styl życia

Niespodziewanka

Niespodziewanka – myślę za każdym razem, kiedy dzwoni Ktoś, Kogo dawno nie slyszałam. Czasem po prostu tak się dzieje, że w cholernie dołującej chwili dzwoni telefon i słyszę „Cześć, co u Ciebie?” i to od razu poprawia mi humor.

Ciekawa jest historia tej Przyjaźni. Pierwsze spotkanie, początek lutego, mega służbowe, mróz jak diabli, bo minus dwadzieścia. I o dziesiątej rano w poniedziałek spotkanie. No nie! Za wcześnie! Po co ja się umówiłam o takiej chorej porze? Nie znoszę poniedziałków. No ale spotkać się trza, to trza wstać.

-Kacha, jestem już w Brzegu.

„O kutwa” – se myślę – „ale punktualny, a ja jeszcze w gaciach!”

-Yyyy… jestem w Urzędzie, będę za chwilę, poczekasz?

-Tak, ale gdzie ja to mam dojechać?

-Gdzie jesteś?

-„Ciepłe kalesony”

-COOOO? GDZIEEE??

Była taka budka przy Hali Targowej i tam sprzedawali ciepłe kalesony. Widocznie towar potrzebny a to jedyne miejsce w Brzegu, bo ten napis był wielkości 1/4 budki! Tak więc przy ciepłych kalesonach spotkaliśmy się dwadzieścia minut później. I dobrze, że benzyna była służbowa, bo … zimno w aucie tak czekać na mnie przy zgaszonym silniku. Niedaleko było moje ówczesne biuro, tam podjechaliśmy. Pootwierałam, włączyłam grzejnik. Dla Gościa kawa czarna, mocna, a ja herbata. Trochę pogadaliśmy, bajera oczywiście była (wyszukiwanie na Goldenlajnie i innych, znajomość mojego cv) byłam pod mega wrażeniem. Noooo i trochę się bałam, bo… kurde albo taki profesjonalista albo psychopata.

Fajki.

I tak sobie pracowaliśmy pomału, aż rok później zaczęły się stresy. Żeby pozałatwiać sprawy moich ludzi dzwoniłam do kolegów, bo w większości to było męskie grono. Moja Mama w międzyczasie zmarła, jakoś musiałam sobie radzić ze stratą i … wróciłam do biegania. Pomagało mi mocno, tym bardziej, że motywowaliśmy się z Jackiem, bo było parę imprez, na których chcieliśmy wystąpić. Ale co dzwoniłam do Tygrysa, ten albo palił, albo jechał, albo jechał i palił.

-Znowu palisz?

-No, wkurzony jestem.

-Nie pal, zacznij biegać, pomaga.

-Wiem, skończyłem AWF, jestem sportowcem, ale nie mogę biegać.

-Jesteś sportowcem i palisz?

Od słowa do słowa okazało się, że jest miłość do … Kitesurfingu, a ta deska przy skoku tak niefortunnie upadła, ze kolano się „wygło” i coś się zepsuło, boli i trza dość poważny zabieg wykonać. W wakacje konsultacje i terminy. Co tu robić, jak trenować się nie da, a człowiek się stresuje? Nie byłabym sobą, jakbym nie marudziła. Że mama, że miażdżyca, że amputacja nogi, że jak to, że sportowiec a pali. Oj chyba miałeś tego dość 😉 Koniec końców, niespodziewanka: FAJKI ZOSTAŁY RZUCONE! Wprawdzie rok później ale jednak. Duma rozpierała wszystkich!

Kite.

No dobra, ale co z tym Kite i bieganiem? Ja, ciekawska dusza, koniecznie chciałam się nauczyć pływać na Kite. Z Żyrafką oglądałyśmy filmiki, zwariowałyśmy na tym punkcie. Ja musiałam, koniecznie musiałam to zobaczyć na żywo! Okazuje się, że nad naszym Opolskim Turawskim Jeziorem jest prężna grupa Kiterów. Cała trudność polega na tym, że na Śródlądziu warunki są mega trudne, na wiatr trzeba czekać i jak już ten wiater jest, to lubi fest zakręcać. Ale nic to. Nie zrażona wszelkimi przeciwnościami, z atakami Jackowej zazdrości włącznie, ostatecznie VENI, VIDI, ale nie VICI. Nie, nie ogarnę tych linek, wiatru, skoków a o technice nie wspomnę. Moje grube nuszki nie mają formy, a z konsekwencją u mnie ciężko. Nie ma bata. Nie wytrenuję. Aaaa i najważniejsze. Jak mam pływać na Kite, jak się panicznie boję wpaść do nieznanej wody? NIE-MO-Ż-LI-WE.

Snowboard.

No i tym sposobem został mi Snowboard, a to już było prostsze. Upaść można tylko na dupę! Pojechaliśmy do Decathlonu po wszystko, wybraliśmy, okazało się, że ja mam większy łeb niż facet! No cóż. Trzeba się z tym zmierzyć, nie będzie fajnego kasku, tylko taki, jak pasuje. Hmmmm… A taki fajny był. Nakupiliśmy te deski, na szczęście, że nie musiałam kupić tej żarówiasto-zielonej kurtki snowboardowej, choć już leżała w koszyku z zakupami. Bosze, jak ja wtedy dziękowałam za swą asertywność! Miałam wrażenie, że będę w niej wyglądać jak człowiek z ekipy remontowej. Tak Tygrys, to znak przeznaczenia, że po takich kłótniach my jeszcze ze sobą rozmawiamy!

Po otrzymaniu kilku konkretnych filmów z instrukcjami jazdy i wielu motywujących i jakże ciepłych od Ciebie słowach „Weź przestań panikować”, „No chyba żartujesz, że nie dasz rady, to jest proste”, „Każdy uczy się tego w dziesięć minut, Ty nauczysz się … no może w godzinę”, „Nie upadaj na dupę tylko na ręce” Pojechaliśmy na Ramzową. Dzieci, Jacek i… Ja. A Instruktor Tygrys, faktycznie Instruktor Najprawdziwszy, został pod telefonem. Kurde, nauczyłam się. Choć moja decha otrzymała pierwsze imię … nie. Nie będę go tu cytować. Wystarczy, że powiem, że darłam się do niej „Ty K…! Pojedziesz i tak! Bo ja tak mówię”. Po kilku jazdach Została nazwana „Deską, deseczką,desunią”. Tygrys, bardzo Ci dziękuję. Bez Ciebie serio nie spełniłabym tego marzenia. W życiu nie kupiłabym tej dechy sama.

Bieganie.

Ja tam sobie truchtam. Jak Ty to mówiłeś? „Ty nie biegasz przecież, Ty szybko chodzisz”. Tak 🙂 Szybko chodzę, bo no moja wielka dupa mnie spowalnia. No ale za to jest za co złapać. Szybkimi krokami zbliżał się termin naprawiania Tygrysowego kolana. Nie, wcale się nie martwiłam, tym bardziej jak usłyszałam, że powikłaniem może być amputacja nogi. W ogóle. Niedawno Mama zmarła a wszyscy wiedzą, że miała amputowaną nogę. I jeszcze paliła fajki. Trauma mi wróciła, przeginałam, wiem. Ale dla mnie to wcale nie było śmieszne. Przysięgam, zżarłabym cały gar dyniowej zupy z imbirem, byleby tego nie powtarzać. Ten czas się zbiegł z wielkimi zmianami w firmie, więc koniec końców nasze drogi zawodowe się rozeszły. Czekałam na wieści o przebiegu rekonwalescencji, aż pewnego dnia zobaczyłam podskakującego na jednej nodze Gościa na schodach.

-O! Jesteś!

Czarna kawa, własny kubek i dwie godziny pogaduszek. Chyba było też ciasto. Chyba to była nawet wuzetka. Uffff… Wszystko było ok. Potem u mnie nastąpiły zmiany, znowu chwila przerwy w kontakcie i w zeszłym roku w sierpniu zobaczyłam na Endo trasę biegową! Szok! Po takim zabiegu?

  • Lekarz zabronił mi biegać. To biegam.

No tak. I w sumie razem goniliśmy Dinozaura. Znaczy Tygrys gonił, bo ja szłam i weszłam na metę ostatnia. I znowu byłam dumna. Nie, nie z siebie. Fajnie jest mieć Przyjaciół, którzy motywują do działania. Fajnie? Najlepiej! Ja już wiem, że więcej niż dychy nie przebiegnę. A tu po tak trudnym zabiegu Ty przebiegłeś maraton! I rzuciłeś fajki! Iiii… Brawo!!!

PS. Kto z Was wie, co to jest AJMER???

  • wiadro 🙂

  • hehehe, ja musialam dzwonić do ojca. Ale najpierw byla awantura jak zawsze :)))) Bo u nas się mówiło „kibel” albo wiadro 🙂