Styl życia

Płatki zbożowe, kawa i w-z

Płatki zbożowe, kawa i w-z upieczone własnoręcznie to śniadanie Mistrzyni Czarnej.

-Nie wyjdę z łóżka dopóki nie wygoni mnie z niego głód – napisałam Tomkowi piętnaście minut temu. I co? Nagle zgłodniałam i wyjścia nie miałam. To znaczy miałam wyjście z sypialni w stronę kuchni, po drodze zamieniając jego T-Shirta z emblematem wikinga, robiącego za piżamę, na granatową sukienkę do kostek, kupioną okazyjnie w miejscowym lumpeksie.

Sturlanie się z tego łóżka to pomału jest kłopot, bo jest ono za wysokie na moje krótkie nóżki. Do tego jeszcze wielka ochota na odpoczywanie, bo

  • Jak dziecko śpi to rośnie – tak mówiła ŚP. Mama. To śpię. Wyleguję. Odpoczywam, ile się da i w końcu juz nie mam wyrzutów sumienia. Rzeźbę już mamy, teraz idziemy na masę z Mikołajem, więc mam momenty, że zjadam dużo. Tak mi się wydaje, bo jak zaczynam liczyć, to wcale tak dużo nie jem. Płatki zbożowe czy chleb to jedyne, co toleruję, od ciasta robi mi się słodko, zostają warzywa z mięsem a na deser jabłka i winogrona.

W ciągu tego roku sporo się wydarzyło i w sumie jeśli szybko nie wyciągnę z tego roku wniosków i nie wdrukuję sobie profesjonalnymi metodami do głowy konsekwencji, to znowu popełnię te same błędy. Ale nie o tym. Oprócz zawodowych porażek i walki z wiatrakami, straciłam kilka osób ze swojego otoczenia.

Tato…

Kiedy o Nim myślę, to mam trzy obrazy.

Pierwszy to balansujący na poziomie dobrego żartu a sarkazmu uśmiechnięty Tato, który dawał nam wszystkim ogromnie dużo radości i optymizmu.

Drugi to troskliwy i opiekuńczy Mąż, Ojciec i Dziadek. Kurde zawsze mogliśmy na niego liczyć. Kiedy mama była chora, był najbliżej niej, znosił jej wszystkie humory, a w Ona w swoim bólu i cierpieniu naprawdę potrafiła dopiec do żywego. Miał taką silną motywację, że nawet kiedy zdiagnozowano u Niego nowotwór prostaty, szybko z niego wyszedł, biorąc bardzo bolesne zabiegi i lecząc się wszystkimi dostępnymi sposobami naturalnymi. To był dla mnie szok, kiedy zobaczyłam jego wyniki po kilku miesiącach od postawienia diagnozy. Były idealne.

Trzeci to pracowity i prawy Człowiek, który dawał swoją postawą przykład nam wszystkim. Kurde, nie można było przy nim siedzieć bezczynnie, bo on zadał zadania do roboty ale sam też robił. Kiedy miałam kilka lat, to Tata wysłany na przymusową rentę kopalnianą nie umiał usiedzieć bezczynnie w domu, więc znalazł pracę w lokalnej OSM i został prawdziwym PRL-owskim Mleczarzem. Codziennie o 2:00 ładował na swój wózek kosze z mlekiem i dzięki Niemu całe Północne Rybnickie Nowiny miały mleko rano pod drzwiami. Wszyscy mu pomagaliśmy. Mało kto zdawał sobie sprawę z tego, że pylica, na jaką chorował, mocno utrudniała mu oddychanie i przy takim wysiłku fizycznym on naprawdę dawał z siebie wszystko.

A dzieciaki w piaskownicy, jak dziś pamiętam (bez imion i nazwisk, ale ojciec tego człowieka siedział później w więzieniu…) śmiały się ze mnie i z Taty, że jest TYLKO mleczarzem. Pokory uczcie swoje dzieci! Kilka ładnych lat później Tata pracował dalej, robiąc rzeczy niemożliwe i ucząc młodszych, jak się powinno pracować.

I ten sam tata odprawił jeszcze swoje 80 urodziny a potem się poddał. Już na nich słyszałam to, czego nie chciałam słyszeć. Że to jego czas. Że już chce do Usi. Że… bałam się tego jak cholera. Pojawił się wtedy Tomek i zajął mi głowę od moich kłopotów i myślenia o tym, że Tata już nie… nie chce. Nie chce mu się. Bo już mu się nie chciało. Siedział sam w domu, nie chciał ani do mnie ani do Brata za bardzo, w tym domu mdlał, myśli mu uciekały na ciemną stronę mocy a antydepresanty robiły mu siano w głowie. W listopadzie usłyszałam w telefonie, że pojawiły się bardzo niepokojące objawy. Biopsja, wynik – rak płaskonabłonkowy.

Przepłakałam pół nocy. Jedni mówili „nie martw się, rak płuc nie postępuje tak szybko w starszym wieku” a inni z mega wsparciem „nastaw się na pół roku max”. Nosz kurwa, dziękuję. Niczym nie umiałam go zmobilizować, żeby się do mnie przeprowadził. On musiał być w domu, raz na tydzień trzeba było iść na grób mamy, oczyścić, zapalić świeczkę. Dzień po otrzymaniu tego wyniku, w sobotę zrobiłam powtórny test, który potwierdził, że byłam w ciąży.

-Jeśli Bóg pozwoli, aby to dziecko się urodziło i jeszcze będzie zdrowe, to będzie cud.

Myślałam – teraz najważniejszy jest Tato – co zresztą pisałam nawet tu, czując się w tym czasie jak gówno (sorry for my french, ale ciąża to taki cudowny stan) i czekając, aż Żyrafka będzie się mogła do mnie przeprowadzić. Praca. Jedyne, co mogłam wtedy dla siebie zrobić, pod naciskiem wszystkich firm windykacyjnych i wątpliwości Tomka, co do bycia tatą Mikołaja, rzuciłam się w wir: diagnoza, lekarze, Rybnik – Brzeg – Klienci – praca – lekarze…

Po drodze mój lekarz zabronił mi wyjazdu do Norwegii, bo to był czas na rozpoczęcie badań prenatalnych w kierunku wykluczenia trisomii. I chwała Bogu, bo bez Mikołaja pewnie bym tam pojechała i już nigdy nie spędziłabym Świąt z Ojcem. A tak, we trzy z Żyrafką i Inżynierką zrobiłyśmy ostatnie Święta z grochówką, moczką i makówkami, toną karpia i ciasta, z prezentami pod tą kolorową choinką, ubieraną przez Tatę. Brał ją na 7 razy, tak bolał go kręgosłup, ale musiał. Bo… nie myślał wtedy o chorobie i jej konsekwencjach.

Jednak z dnia na dzień gasł i mimo, że zgodził się na znienawidzoną chemię, nie musiał jej brać. Zdażył się z nami wszystkimi pożegnać na swój sposób i odszedł.

Brat z Bratową przeżyli traumę, bo zmarł u nich w domu. To już nie będzie taki sam dom, te same wspomnienia. Jedyne, co mogę zrobić, to Tutaj Wam podziękować za opiekę w tych ostatnich tygodniach i zamknięcie wszystkich Jego ważnych spraw. Na zawsze będę wdzięczna, bo ja nie mogłam tego zrobić…

Mówi się, że ciężarne nie powinny brać udziału w pogrzebach. Zgadzam się. Ale nie wyobrażałam sobie nie pożegnać się z Tatą. I pierwszy raz w moim życiu ugięły się pode mną nogi. I znowu myślę, że Mikołaj to cud. Tak jak Żyrafka i Inżynierka. Moje Trzy Światy. Widziałam rozpacz Rodzeństwa i Wnuków. Bo każdy, kogo On wychowywał, niezależnie od tego, czy był dla niego dobry, czy konsekwentnie karał za złamanie lojalności, pamiętał jego żarty i umiejętność czasem kompromisowego a czasem radykalnego rozwiązywania problemów.

Wszyscy uczymy się żyć na nowo. Czasem wieczorem wychodząc z Pepsi mam ochotę do Niego zadzwonić. Ale dokąd? Na drugą stronę nie muszę, On z Mamą tam siedzi i oboje kombinują, jak mnie zmusić do bycia grzeczną 😉 I muszę powiedzieć, że im się udaje. Upiekłam tę w-z bez zakalca pierwszy raz  w życiu.

Choć tata nie zabierze już w piatek Irki na basen ani nie wygra w totka, żeby zbudować Wowrówkę dla całej rodziny… myślę, że natchną z góry oboje kogoś z nas, żeby dokończyć ich dzieło. Ale najpierw nieźle się z mamą pokłócą 🙂

A ja wracam do mojego śniadania… Bo mi stygnie.