Codzienność, Styl życia

Schudłam prawie 8 kilo!

Schudłam prawie 8 kilo! Piszę do Chłopaków, że chcę o tym napisać, bo miałam już pytania, jak to zrobiłam. A Karol do mnie wspierająco: „Ciężko jest fantastykę tworzyć”. No dzięki. Serio. Fantastykę. Jak ktoś jest gruby i się mu nie chce nic robić, to schudnięcie uważa za fantastykę. I trudno się dziwić.

Karol, nie martw się. Po tych Twoich zabiegach stomatologicznych schudniesz 5 kilo w tydzień. Na pewno potem trochę przytyjesz, ale już będziesz wiedział, jak to zrobić łatwo i na lenia.

Grudzień. Dwa dni przed Wigilią Bożego Narodzenia pojechałam na zakupy na Święta.

Siedem siatek na trzy dni. Napiekłam ciasta i narobiłam śląskich potraw. Do tego jeszcze poślizgnęłam się na mokrej podłodze i rozcięłam palec. Wyglądał jak do szycia. Dwa dni kuśtykałam, palec pulsował jak oszalały, ale zabrałam się za kuchnię. Kuchnia pękała w szwach, a ja nie miałam juz gdzie chować naczyń. Dzieciakom kupiłam Fioletka (Ciasteczka Milki w fioletowym sreberku). Sobie też. W Pierwsze Święto zżarłam ich pięć. A gdzie reszta potraw? Ciasta, kluski, pieczeń? Ryba w śmietanie? Oesooo jakie to było pyfne!

Jak popatrzyłam na to Fioletko, ile to ma kalorii, to się przeraziłam! Waga w łazience pokazała 75,5 kg.

To więcej o 5,5 kg niż byłam w ostatnim dniu ciąży z Żyrafką. A wtedy ważyłam najwięcej. Dramat. Tym bardziej, że po przeprowadzce do Lewina ważyłam 63,5 kg. Przytyłam 12 kilo w osiem miesięcy! Wilk pokazał mi w Ajfonie aplikację „Zdrowie”. Ona liczyła kroki mimo, że nie musiałam jej włączać. Ściągnęłam Endo, MyFitnessPal, naładowałam zegarek Sunto, przeprosiłam Świąteczne Towarzystwo, ubrałam się i … poszłam pobiegać. Wilk miał w Ajfonie aplikację „Moi znajomi”, więc widział, gdzie jestem i nie musieliśmy się martwić, że zginę gdzieś w bojach, jak zabraknie mi tchu. Tak zaczęłam swoje odchudzanie. Biegałam wieczorami, było -13, chwilami -17st C na dworze, po nocy, czasem przed północą. Wilk ze złamanym żebrem grając w Skyrima, śledził w swoim rozbitym Ajfonie trasę mojego biegania. Pierwszy raz widziałam, jak bardzo się zdenerwował, kiedy z 6 km zmieniłam trasę na dychę. A jemu ta ruszająca kropka na mapie się zatrzymała. I nie wiedział, gdzie ja jestem, co się dzieje. A ja głupia biłam rekordy. Ehhhh… Tyle wspomnień…

 

No dobra, ale wracając do odchudzania.

Razem z bieganiem zmieniłam dietę. Przestałam jeść tłuste jedzenie, wprowadziłam mega dużo białka i owoce i warzywa. Dwa litry wody dziennie. Żeby tą wodę kontrolować, pojechałam do Decathlonu po pas ściągający i bidon. Opowieść o pasie wysnuję w innym opowiadaniu. Bo sport to zdrowie i wszyscy to wiemy. Ale to temat na inne opowiadanie.

Do biegania motywowała mnie społeczność na Endo.

Znajomi realni i wirtualni. Widziałam, jak codziennie walczą, więc ja też się mobilizowałam. Wykupiłam wersję Pro, co pozwalało na motywowanie na bieżąco. Zaczęłam od chodzenia i krótkich dystansów. Jednocześnie liczyliśmy oboje kalorie z posiłków w MyFitnessPal. Każda zmiana trwa trzy miesiące. I tak było. Dość szybko zaczęłam rozpoznawać, co mogę jeść a czego nie. Kolejnym etapem było znalezienie potraw, które będą mi smakować. To jest najtrudniejsze. Tym bardziej, ze schudłam 3 kilo i waga stanęła. Biegałam, ćwiczyłam, jadłam surową kapustę, nic nie pomagało. Mimo, że pilnowałam kalorii, nie chudłam.

Metabolizm zmienia się w miesiąc. Trzeba wytrwać w postanowieniach i nie poddawać się. Odstawiłam makaron, pieczywo i ziemniaki. Wprowadziłam olej kokosowy.

Na początku ciężko było mi jeść bez wypełniaczy. Jadłospis układałam zgodnie z zaleceniami Beaty – mojej Przyjaciółki i Trenerki. Jadłam pięć razy dziennie, w większości jajka, awokado, warzywa i owoce. Trochę kurczaka. Grejfruty i woda, bez żadnych soków owocowych. Kawa bez cukru, ale jednak z mlekiem. Ruszyło. Waga spadła o kolejne kilo. Postarałam się o adopcję Pepsi. Biegałam, trzymałam dietę i mierzyłam się z rzeczywistością. Chwilami myślałam,że zejdę. Dieta, codzienne ważenie i mniej już systematyczne ćwiczenia działały. Codziennie schodziło mi 300-400 g na wadze. Jak tylko waga szła w górę, weryfikowałam, co ja jadłam. I natychmiast odstawiałam podejrzanych.

Poleciałam do Szwecji, tam poznałam Chłopaków i żałowałam, że w torbie nie zmieściły mi się buty biegowe. Po Sztokholmie biegało sporo osób, mimo przejmującego mrozu i wilgoci. Wróciłam z motywacją do dalszej zmiany. Kłopoty tylko pomagały. A w pracy były coraz większe. Mało jadłam, zapisałam się na siłownię, choć byłam tam kilka razy, pomogło. Zobaczyłam, ile osób walczy z nadmiernymi kilogramami i wiedziałam, że nie jestem sama.

Następna podróż do Szwecji wiązała się z powrotem przez Stare Opole. Tam czekała na mnie Pepsi. Ale jeszcze w Szwecji dostałam telefon, że mogę się nastawić na zabieg stomatologiczny. Zobaczyłam ją i już wiedziałam. Mam motywację do biegania. Potem przyszły Święta Wielkanocne. Dwa tygodnie przed nimi zastosowałam KetoDiet i postępowałam zgodnie z zaleceniami Beaty przestałam jeść wszelki cukier, a zaczęłam jeść wszystko, co go nie zawierało. Pozwalałam sobie na jajecznicę na oleju kokosowym, na kurczaka z zielonymi warzywami, na kaszankę… ale nie na buraki, nie banany, nie kawę z cukrem i mlekiem… Bosze… kręciło mi się w głowie, ręce mi drżały…

Wiecie, że cukier uzależnia bardziej niż kokaina? Miałam typowe objawy odstawienia. Dobrze, że nie byłam sama.

W cztery dni schudłam kolejne dwa kilo. Dochodziłam do 71 kilogramów. Tak na stałe, nawet przed okresem. Potem była Wielkanoc, urodziny Kai, więc upiekłam tort. Z masą cukrową. Po tym cukrowym detoksie mój organizm oszalał, jak skosztowałam tej masy! Ciemno przed oczami, palpitacje serca, BOSZ! Już wiedziałam, że z tym cukrem to prawda, poza tym przestał mi smakować. Zaraz w Poniedziałek Wielkanocny wróciłam do detoksu, piłam wodę i próbowałam jakoś przetrwać. Kłopoty finansowe ułatwiły mi wybory w sklepie. Jogurt grecki, jajka, szynka itp. Nie biegałam, bo praca pochłaniała moją całą energię.

Poza tym, brzuch i wagę robi się w kuchni.

Jeśli nie pracuje się fizycznie, to nie ma potrzeby zjadania dużej liczby kalorii. Jedynie trzeba pamiętac o witaminach. Albo o suplementacji. Więc tak zrobiłam. Przyszedł maj, zabieg podnoszenia zatoki, bolało jak cholera. Wróciłam do owoców, koktajle z jogurtu i bananów z gruszką pomogły w obniżeniu wagi. 20 maja pojawiła się 6 z przodu! Wiedziałam, że zmieniłam metabolizm, więc tak trzymam do tej pory. Pozwalam sobie na ciastka, ale mało. Poza tym słodkie mi już nie smakuje. Skończyłam jeść w nocy, przypilnowałam tego i zaczęłam jeść śniadania. Mało cukru, węgli, dużo białka, zdrowych tłuszczów i owoców. I dzisiaj ważę 67,4 kg. Brawo Ja!