Styl życia

Strach ma kocie oczy! O tym, jak w piątkowy wieczór kot zapewnił nam rozrywkę ;)

Najadłam się wczoraj strachu. Bonifacy poczuł zew natury i zobaczył szparę w oknie kuchennym. W pewnym momencie usłyszałam taki hałas, jakby spadł haczyk z ręcznikiem. Wiecie, jaki haczyk? Taki mocowany taśmą dwustronną. Obeszłam mieszkanie, wyjrzałam przez okno kuchenne, ale nic niepokojącego nie zauważyłam.

Wczoraj od południa zaczęło się chmurzyć i wybrałam się z Mikołajem na spacer w nietypowej, bo obiadowej, porze. Chciałam doprecyzować jedną sprawę w Urzędzie Miasta.

Mały od kilku dni śpi w wózku, więc wystarczyło tylko znieść go  na dół i już był gotowy do wyjścia. Spacer umilała mi rozmowa z Kają i przyjemnie chłodny wiatr. Na miejscu nic nie wyjaśniłam, ale wykorzystałam ten czas na zwiedzanie okolicy. Wróciła do domu, jak już miałam prawie 5 kilometrów w nogach i rozładowany telefon. Pogoda nie zawiodła i o 17:00 zaczęło wreszcie porządnie padać.

Miałam już dość tych afrykańskich upałów.

Mam w domu sześć dachowych okien, które na stałe są odwrócone, żeby Bonifacy przez nie nie wyskoczył. Powietrze wpada od góry, a on nie ma szans tam się zaczepić pazurami, żeby wyjść. Kilka razy już ratowaliśmy go z rynny. To jest mądry kot, ale młody, więc targają nim hormony i zew natury, więc lepiej zapobiegać niż leczyć.

Szkopuł w tym, że deszcz wlewa się oknem od góry przy takim jego położeniu.

Można wtedy zalać mieszkanie. Odwróciłam więc okna do normalnej pozycji i zostawiłam niewielką szparę. W domu termometr pokazywał 29 stopni Celsjusza, a na dworze temperatura spadła do siedemnastu. Dobra okazja do przewietrzenia mieszkania. Może i nawet jego wychłodzenia.Odpoczywaliśmy z Mikołajem i Bonifacym po obiedzie i spacerze do dwudziestej.

To była pora kąpieli.

Żyrafka pobawiła się z kotem i poszła do siebie odpocząć. Była z Jackiem i Kasią we Wrocławiu na zakupach. Obeszli Bielany, kupili zeszyty i inne potrzebne rzeczy do szkoły. Raz, że była zmęczona bieganiem po tych hektarach w centrach handlowych a dwa, że jest permanentnie zmęczona pomaganiem mi przy Maluchu.

 Ja zaś zajęłam się jego nakarmieniem i usypianiem. Wczoraj ciężko mu to przychodziło, bo przespał cały dzień spał z przerwami tylko na butelkę. Przed południowym wyjściem była u nas położna na ostatniej wizycie. Pokazała jak masować mu brzuszek, ale miało to swoje skutki uboczne: kupa co 1,5 godziny. P kąpieli zatem zaliczyliśmy więc jeszcze dwie. Dodatkowo tak marudził, jakby spokój z całego dnia chciał zrównoważyć płaczem:

-Mama, musisz wiedzieć, że masz dziecko w domu.

W międzyczasie dzwonił Tomek z pracy i chwilę rozmawialiśmy. Mały w końcu zasnął o 22:30, i ja się zorientowałam, że w domu jest jakoś pusto. Przecież robiłam kanapki, otwierałam lodówkę, a towarzystwa do jedzenia nie ma. Hmmm… Weszłam do pokoju Żyrafki i pytam:

-Czy kot jest u Ciebie?

-Nie, pobawiłam się nim i poszłam, nie chciałam, żeby mi nabałaganił w pokoju śmieciami z zakupów.

Acha… No to szukam, wołam, Ona też. Zajrzałyśmy w każdy kąt i dziurę. Wszystkie szafy, na górze, na dole. No nie ma i już. Za oknem nie ma, w rynnie nie ma, na dachu też. Miauczenia nie słychać, więc albo śpi, albo wypadł i się zabił albo wypadł i uciekł gdzieś między domki.

Najpierw Milena poszła na dwór go szukać. Bezskutecznie. Zamieniłyśmy się: ona zajęła się Mikołajem, ja poszłam szukać go na osiedlu. Chodziłam prawie dwie godziny. Pukałam do sąsiadów, weszłam nawet do garażu i na taras… Nie było go nigdzie. Kasia, właścicielka wielu kotów pocieszyła Żyrafkę:

-On się pewnie gdzieś schował i rano się znajdzie.

Na wszelki wypadek wrzuciłam posty na Facebooku z prośbą o pomoc. A nuż ktoś go rano zobaczy, albo już go gdzieś widział?

Postanowiłyśmy, że pójdziemy spać i rano o świcie ja wstanę i poszukam go jeszcze raz. Rzeczywiście na obcym terenie, wystraszony na pewno się schował gdzieś w krzaki i mógł czekać, aż się zrobi jasno. Zasnęlam chyba o 2:00. Żyrafka później mi powiedziała, że ona też tak późno zasnęła. Budziłam się co chwilę. Byłam niespokojna, bo wzięłam winę na siebie, a szukając wsparcia u bliskiej osoby dostałam tylko dodatkowe zarzuty i pretensje. W końcu usnęłam i śniło mi się, że kot wrócił w opłakanym stanie.

Zjadłam zęby na analizowaniu własnych emocji i snów.

Ten oznaczał tylko i aż tyle, że chciałabym go odnaleźć. Szukając go w nocy na osiedlu, zastanawiałam się nad okolicznościami i pytałam Boga:

-Dlaczego? Kolejny stres, kolejne zmartwienie, jakbym ich miała za mało… Przecież wiesz, Boże, że moja koncentracja od kilku miesięcy jest beznadziejna…

Mikołaj obudził się niespokojny o 3:00, dostał mleko a ja zastanawiałam się, czy już iść na dwór, żeby go szukać. Ale było jeszcze ciemno. Zamknęłam na „chwilę” oczy i poczułam kopniaki. Acha, Mały się kręci. Poszukałam smoczka, ale on chciał znowu jeść. Popatrzyłam w okno: było szaro.

-Nakarmię dziecko i pójdę na dół. Może to już. – pomyślałam. Trzymając butelkę, przysypiałam. Oczy mi się zamykały ze zmęczenia.

W pewnym momencie usłyszałam:

-miau, miau, miau, miau, miau, miau…

Wystrzeliłam z łóżka jak z procy.

-Milena, Milena, połóż się koło Mikołaja a ja lecę szybko na dół, bo chyba teraz miauczał nasz kot!

Ubrałam się i pobiegłam po schodach w dół.

-Miau! – Usłyszałam dość blisko, jakby z balkonu. Już chciałam wracać, ale na zerknęłam przez okno na klatce schodowej. Bonifacy stał na schodach i prosił, żeby go wpuścić. Cały stres mi opadł.

-Ty Dzwońcu! Gdzieś Ty był??

A on jakby rozumiał, zaczął kręcić ósemki między moimi nogami. Milena wzięła go do siebie i tak spali do rana. Potem przyszedł do mnie i zaczęliśmy dzień jak gdyby nigdy nic.

Ten to wie, jak spędzić piątkowy wieczór. A ja, jak każda matka, jak zwykle się martwiłam zupełnie niepotrzebnie… Teraz śpi obok mnie, od czasu do czasu zerkając czy jestem.

A Wy? Jakie macie doświadczenia z kotami?

Przesyłam buziaki!

Czarna