Podróże, Styl życia

Urlop przed Maćkiem.

Urlop przed Maćkiem mam, w zasadzie nie urlop, bo ten chyba w listopadzie. Takie lato w mieście. To już pisałam. W nocy wróciły z Jackiem Dziewczyny z Chorwacji i Torres pojechał do domu. Mogę rehabilitować moje zbolałe plecy. Z moją duszą trochę gorzej, ale może kiedyś przejdzie. Jak nie to nie wiem. Może zafunduję sobie rehabilitację Duszy w Ośrodku dla Nerwowo Chorych i tam też będę mogła pisać książki.

Wygraliście coś kiedyś?

Bo ja się zastanawiałam, czy ja kiedyś coś wygrałam i w sumie im jestem starsza, tym częściej mi się to przytrafia. Jeśli o wygranej ma decydować ślepy los to gorzej. Ale jeśli moja inteligencja i umiejętności to nawet nawet. Raz wygrałam w pracy wycieczkę do MAROKO!

Wylot o 6:00 rano z Chopina, więc z Brzegu podróż już trwała od 20:00. Nie ukrywam, słabo miałam z kasą, więc niewiele w portfelu, nastawiona tylko na zwiedzanie i w ciężkim szoku. Ta wycieczka to było moje marzenie turystyczne nr 2. Do wtedy najdalej byłam w NRD. Ktoś wie, co to? No co, taka stara już jestem 🙂

Międzylądowanie było w Paryżu i przeżyłam dwa szoki. Po pierwsze pierwszy w życiu lot (Mój Stróż Anioł miał kupę roboty, bo bałam się jak jasna cholera i modliłam się cała godzinę) a po drugie Paryż z lotu ptaka. Ach… samolot leciał nad Łukiem Triumfalnym, więc widziałam na własne oczy, jak wszystkie drogi prowadzą do niego…

To był styczeń. Bodajże dwudziesty ósmy.

W Polsce – 10 st. Celsjusza. W Paryżu było słonecznie, a lotnisko było przepiękne. Imponujące formy architektoniczne. Oczywiście ludzie z całego świata. CAŁEGO. Pierwszy raz w życiu (Potem w Amsterdamie na lotnisku dopiero) widziałam tyle nacji, ras, języków. Lecieliśmy w kilkanaście osób, więc nie bałam się. Mieliśmy Opiekuna z Biura Podróży. On się Bał. Turbulencji.

Wylądowaliśmy w Casablance.

Dotarło do mnie, gdzie jestem, jak samolot lądował. Lecieliśmy Lufthansą. klasa sama w sobie. Jak tylko będę miała okazję, to wybiorę te linie lotnicze jeszcze raz. Przylecieliśmy o 19:30. Słońce, deszcz, wiatr… PALMY… Casablanca. Takie małe lotnisko. Powiem szczerze, że jak wylądowaliśmy i zobaczyłam tych żołnierzy to i tak zaczęłam się bać. Z języka arabskiego trudno cokolwiek wywnioskować. Nie znasz żadnych słów, a Miejscowi Tubylcy mówią szybko i emocjonalnie. Dostaliśmy jakieś formularze do wypisania. Zrobiły na mnie wrażenie te arabskie wężyki. No i było gorąco. Acha. I co najlepsze 😉 Nie zdawałam sobie sprawy, co mnie czeka na lotnisku i… założyłam pasek, zegarek i co najlepsze… GLANY! Dobrze, że skarpetki nie były dziurawe! Się wybrałam na wyprawę samolotem. Nie mówiąc już o tym, że w samolocie zero wygody.Jak już nas wypuścili z lotniska, to wsiedliśmy do autokaru i heja do Marakeszu do hotelu. Trzy godziny autostradą.

Chłopaki byli juz nieźle zrobieni.

Ja czytałam jakiegoś Paulo Coelho czy coś. Na miejscu powitano nas Herbatką Miętową w tradycyjnym stylu. Hotel jak hotel. Dobry standard naszego Gołebiewskiego. Oczywiście robi wrażenie, ale nie różnił się niczym oprócz grubych, gumowych zasłon na balkon. Rano wiedziałam, dlaczego. Upał niemiłosierny. Ta guma zatrzymywała ciepło. Przy otwartym balkonie bardzo szybko przekonałam się, jak funkcjonuje Islam. Co 6 godzin, w dzień i w nocy, wydobywały się z wież Meczetów nawoływania do modlitwy. „Allah Akbar” było słychać w całym mieście. Miałam okres dość intensywnej praktyki wiary. Jednak nie z fanatycznego, katolickiego punktu, ale po prostu. Bóg, szacunek, modlitwa. Nie znoszę radykałów. Uwielbiam ludzi z zasadami. Dobrych ludzi z zasadami. I takich chciałam tam poznać.

Nasz Przewodnik mówił po polsku. Kiedy spytałam go, skąd zna język, powiedział, że z … Google Translator!

Zaimponował mi. Wstawaliśmy wcześnie, zjadaliśmy kontynentalne śniadanie i jeździliśmy zwiedzać. Ja, wtedy blondynka, żałowałam, że nie wzięłam spódnic i chust. Wtopiłabym się w tłum, a tak wszyscy na mnie zwracali uwagę. Odważyłam się jednak przejść sama przez Plac Dżamaa al-Fina. Bardzo niebezpieczne miejsce. Ale jednak bardzo malownicze i kolorowe. Zaklinacze węży, Suki, Marokańczycy…

Jeden ze sklepikarzy zwrócił uwagę na to, że mam obrączkę, tak samo jak mój kolega. Kiedy dowiedział się, że nie jesteśmy małżeństwem, powiedział „Strzeż ją, to Anioł”. Wymieniliśmy się modlitewnikami. Nie zapomnę tej chwili do końca życia. Juz wiem, czemu Polki dają się nabrać na podryw Arabów. Mamy niskie poczucie własnej wartości a oni potrafią tak pięknie kłamać!

Widziałam Meczet w Casablance, zachwycałam się ręcznie wykonanymi mozaikami na wszystkich jego ścianach wewnątrz i zewnątrz. Podziwiałam wnętrza Palais de la Bahiaa w Marakeszu. Przewodnik wyjaśnił, że na ścianach są wyłącznie mozaiki i teksty modlitw. Dlaczego? Bo Bóg jest jeden. Zaimponowało mi to. Na zewnątrz rosły palmy bananowe. Widziałam je rownież pierwszy raz w życiu. Towarzystwo pobiegło wieczorem do kasyna, ale to po kolacji.

A kolacja? Taniec BRZUCHA! Och, żebyście widzieli te miny chłopaków!

Wszystko było zachwycające. Jednak chyba największe wrażenie zrobiła na mnie przejażdżka quadem po pustyni. Dojechaliśmy do oazy, tam była chata, a w chacie prawdziwa miętowa herbata i podpłomyki. Dzieci były cudowne. I wiecie co? Nawet w tej biedzie chyba mogłabym tam mieszkać, pod warunkiem, że nie byłabym podporządkowana jakiemuś szowiniście! Od wioski wracaliśmy na wielbłądach. Tez ciekawe doświadczenie, ale jednak było mi szkoda tych zwierzaków. Właścicielem stada był Francuz. Szokujące: na pustyni takie stosy baranich czaszek, kości i… fruwające wszędzie plastikowe reklamówki. Nie wierzyłam w to, co widzę.

Ostatni wieczór to był wieczór zakupów. Mieliśmy problem, żeby przejść przez ulicę. Pięć pasów, siedem ciągów samochodów. W końcu ja się wkurzyłam i weszłam pomiędzy pędzące wozy. Usłyszałam za sobą krzyk i pisk moich towarzyszy. Ale… samochody zaczęły się zatrzymywać. Przeszliśmy wszyscy. W końcu udało nam się złapać taksówkę do hotelu. Zapłaciliśmy jakieś grosze, a jechaliśmy w niej w osiem osób. Kumpela leżała w poprzek na naszych kolanach. Czy ktoś tam się tym przejmował?

Co powiedział mi mój przewodnik o Polakach? Polki jesteście przepiekne, ale Wasi mężczyźni piją za dużo WINA! No tak, podczas powrotnego międzylądowania w Paryżu, jeden z wycieczkowiczów lekko oprzytomniał.

-Kuwa, czy my już tu przypadkiem nie byliśmy? – Tyle pamiętał. Tyle jego.

A dla mnie? To było moje spełnione marzenie. Kolory, smaki, tadżin, egzotyka, pomarańcze, Ogród Ives Saint Laurent’a, Sahara… Bajeczka!