Dzieciaki, Humor, Podróże, Styl życia

USAjej! Przybywamy!

USAjej! Przybywamy! Zakrzyknęłam po zakupieniu biletów. Rodzinka popatrzyła na mnie jak zwykle z politowaniem. No ale ja nigdy nie byłam … szablonowa. Cusz*, taki mój urok.

Zaczęło się. Patryk, nasz Gospodarz, wpadł w szał organizowania wycieczki i pobytu i jął począł wysyłać na zmianę mi i mężowi linki z MiejscamiKtóreKoniecznieMusimyZobaczyć i/lub Odwiedzić. To był Hancock, Willis Tower, Shedd Aquarium, Lincoln Park Zoo, Adler Planetarium, Park Millenijny, Brookfield Zoo, Museum of Science & Industry, SoldierField, Wrigley Field, Air&Water Show, Navy Park, Art Institute, Chicago Architecture Tour, Bahai… Nie wiem, czy o czymś zapomniałam, czy to już wszystko. My, oczywiście nie mając pojęcia, na co się porywamy, odpaliliśmy Outlookowe kalendarze (Z Googlowego wtedy nie korzystało się tak powszechnie) i zaczęliśmy planować. A Patryk i jego koledzy z pracy, między innymi David, zaczęli się … zakładać. Po której wycieczce odpuścimy! Acha, był jeszcze park Six Flags, na który ja twardo się wybierałam.

fot. https://www.meetselect.com/entertainment/six-flags-dc-reward/

Nie zrażeni niczym, wszak wyjazd trzytygodniowy, zaczęliśmy liczyć koszty biletów wstępu i szukać okazji promocyjnych. Miasto Chicago przygotowało specjalne kupony promocyjne dla tych, którzy chcą zwiedzić kilka atrakcji na raz. Każdy taki pakiet kosztował 60% taniej niż bilety kupowane osobno. Kupiliśmy nawet bilety na mecz baseballa Chicago Cubs z chyba Pittsburgh Pirates. Starsza Córka grała amatorsko w Little League Softball w naszym mieście, więc ten mecz był obowiązkowo do zaliczenia. Zrobiliśmy plan wycieczki: dwa tygodnie na zwiedzanie, tydzień na odpoczywanie. Pozostało kupić duże walizki, odświeżyć garderobę, nie przepuścić kasy, żeby starczyło na dolary i czekać na wylot.

Cztery miesiące minęły bardzo szybko. Ja pracowałam po 18 godzin na dobę, czas mi mijał błyskawicznie. Zapakowaliśmy się, ustaliliśmy, kto jest kierownikiem wycieczki, wykupiliśmy parking na lotnisku. Jeszcze szybko 13 sierpnia założyłam na zęby stały aparat. O ja głupia! O ja naiwna!!! O jaki to był błąd!

15 sierpnia w nocy pojechaliśmy w kierunku Stolicy. Nikt, absolutnie NIKT nie mógł spać w tym aucie! Takie rajzefiber mieliśmy wcześniej tylko wtedy, kiedy pierwszy raz jechaliśmy do Chorwacji. A mieliśmy być 23 godziny w podróży – z dojazdem do lotniska Chopina, z przesiadką w Amsterdamie, z czekaniem na odprawę Imigration Service w Chicago. Mówiłam: Spać! Aviomarin dam, żeby było łatwiej, to nie. I na lotnisku się zaczęło…

*Błędy, powszechnie uznawane za ortograficzne, są stosowane celowo i z wyrachowaniem. Za wszelkie niedogodności, spowodowane bólem duszy, umysłu i wzroku, serdecznie przepraszam.