Dom, Dzieciaki, Pasje, Podróże

W drodze do USAjej!

W drodze do USAjej spotkało nas wiele niespodziewanek. Po pierwsze niespodziewaliśmy się, że dwadzieściatrzygodziny TO TAK DŁUGO! I że nie da się spać na lotnisku. I że w samolocie nie ma się jak położyć. I że tyle dobrego jedzenia bedą serwować w KLM. I że tak często…

Żyrafka nie spodziewała się, że zapomniała wyciągnąć nożyczki z piórnika i omałoco ten wylądowałby w śmietniku. Ja się nie spodziewałam, że jestem tak Wielką Mistrzynią Planowania i w Warszawie byliśmy o 1:30, a wylot dopiero o 6:00. A wyspać się nie da na lotnisku, bo RAJZEFIBER. Jacek się nie spodziewał, że tak spuchną mu nogi w samolocie, że w na lotnisku w Chicago nie będzie mógł dopiąć sandałów na rzepy. Kaja się nie spodziewała, że poleci na osobnym miejscu w samolocie obok matki z dwójką płaczących dzieci. A wszyscy się nie spodziewaliśmy, że lotnisko w Amsterdamie jest tak wielkie, jak mój Lewin Brzeski, a lądowanie tam odbywa się na pasie zbudowanym nad autostradą.

Warszawa.

Jak już przyjechalismy na lotnisko, to prawie wbiegliśmy na terminal. Cała rodzina Dominujących Kierowników/Liderów. Każdy musiał sprawdzić bilety i obejść lotnisko. Zrobić check-in elektroniczny i poszukać InMedio. Po upływie pół godziny nasze naelektryzowane organizmy zaczęły się nudzić. A to dopiero 2:00 w nocy. Dopiero o 4:00 odprawa. Fuck. To co, to próbujemy spać? Ależ w życiu! Wycieczkowicze się rozpierzchli, my we dwie z Żyrafką obchodziłyśmy kolejno wszystkie stanowiska, sklepy… Zero spania całą noc. Tylko dyżury przy bagażach na zmianę. O 4:00 stewardesa otworzyła stanowisko odpraw, nastaliśmy się w kolejce kolejne pół godziny. Ludzi w niej było od groma. Ogon wyglądał jak domek ślimaka w milionowym powiększeniu. Większość pasażerów leciała razem z nami do USA. Przed nami ktoś nadawał psa w kojcu do Chile, a za nami stało trzech facetów z trzema rowerami. Hmmm, ciekawie… Kontrola bezpieczeństwa była dość trudna. Nie sprawdziliśmy wszystkiego w domu. Nie dałam rady, jeszcze przed wylotem o 15:00 naparzałam maile do firmy, a Anicie robiłam tabelkę z listą spraw do załatwienia podczas mojej nieobecności. Wiedziałam, że jak wrócę, to będzie jazda w firmie. Wszak miało mnie nie być 3 tygodnie. Nie wszyscy byli szczęśliwi moim szczęściem. I zapomnieliśmy posprawdzać, a biedna Mała zostawiła nożyczki w piórniku. Zrobiło się lekkie zamieszanie, zmęczenie dało się we znaki i zakończyło się płaczem. Uratowawszy piórnik przeszliśmy do hali odlotów. Po godzinie przez rękaw przeszliśmy do samolotu do Amsterdamu. Jak wylądowaliśmy na miejscu, wszyscy mieliśmy ochotę na jedno: kąpiel…

Amsterdam.

Zgubiłam się tam. Pierwszy raz w życiu zgubiłam się gdzieś. Chwilę mi zajęło ogarnięcie tego ogromu przestrzeni, jaki zastałam na tym holenderskim lotnisku.

O Holender! Tylu ludzi w jednym miejscu już dawno nie widziałam.

Nie wspominając o nacjach. Ostatni raz widziałam takie zróżnicowanie etniczne na lotnisku w Paryżu.  Poszłyśmy się „wykąpać” i przebrać i… umyć zęby do łazienki. Łazienki są tam ogromne, ale kolejki do nich jeszcze dłuższe. Pierwszy raz w życiu wtedy pomyślałam o … zarazkach na mojej szczoteczce do zębów i na moich rękach. I rękach moich Dzieci. Od razu skojarzyły mi się wszystkie filmy o epidemiach.

Popatrzałam na moje Córki i zrobiłam szybką odprawę higieniczną. Ja? Ja!

Samoloty do Stanów odlatują z innego Terminala. Trzeba iść i iść i iść… szliśmy z pół godziny. W tym „miasteczku”, które mijaliśmy, widzieliśmy chyba wszystkie możliwe sklepy, marki a strefa bezcłowa jest na pewno droższa od naszej zwykłej „cłowej” na Rynku w Opolu. Doszliśmy na miejsce a tam … pusto. Patrzymy na zegarki: 9:00. Odlot o 12:30. O NIE!!! MA-SA-KRA. Co tu robić??? Próbowaliśmy na zmianę spać. Gadać, chodzić po sklepach, oglądać te holenderskie chodaki, służące do wszystkiego i namalowane na wszystkim. Kupiłyśmy nawet jakieś ciastka, ale Jacek jak zawsze był księgowym i prosił, żebyśmy nie wydały wszystkich eurasów na początku wycieczki.

Chicago.

Wejście do boksu, w którym oczekiwaliśmy na wejście do samolotu, trwało półtorej godziny. Naszym samolotem leciało 355 osób, a każda musiała zostać sprawdzona zgodnie z Amerykanskimi normami bezpieczeństwa. Kolejny skaner, tym razem całego ciała, ten, który widziałam w TV i w stosunku do którego było tyle kontrowersji. Tak, nawet sprawdzili rentgenem, co mam w d…(ups!) w ciele. Jak zobaczyłam, ile osób ma się zmieścić do tego samolotu, to znowu przypomniały mi się filmy. Tym razem katastroficzne. Dopiero w tym momencie uświadomiłam sobie, że OSIEM godzin będę w powietrzu. Liczyłam na to, że samolot jest porządnie zatankowany 😉 Pocieszałam Dziewczyny, że wyśpimy się w samolocie. Ale nie. Nie było szans. Wąsko, pełno ludzi, płaczące dzieci, chodzące stewardesy. Nie powiem, samolot był komfortowy. Ale żaden komfort nie zastąpi łóżka z czystą pościelą. W zagłówkach mieliśmy DVD. Każdy pasażer mógł oglądać dowolny film. CZAD!!! Tyle, że po angielsku. No to ćwiczyłyśmy język i zobaczyłyśmy: Meridę Waleczną, IronMana III i jeszcze kilka innych filmów, ale tytułów nie pamiętam. Kaja miała siedzieć pod oknem, ale zamieniła się z sasiadką, co wyszło jej chyba na lepsze. Kiedy wylądowaliśmy, musieliśmy się jeszcze zmierzyć z oczekiwaniem w kolejce do Imigration i Celnikami:

-Skąd jesteście?

  • Z Polski

-Kiełbasa? Mięso?

  • Nie, alkohol i słodycze…

  • Next!

Przy wyjściu czekał na nas Patryk, którego nie widzieliśmy kilka lat. Jak zawsze z szerokim uśmiechem przywitał nas mocno a nam pozostało zmierzyć się z równikową temperaturą, amazońską wilgotnością i JetLagiem. Ameryko! WITAJ!