Styl życia

W poniedziałkowy poranek

W poniedziałkowy poranek od miesięcy nie znoszę wstawać. Od lat miałam problemy z zaśnięciem bo poniedziałek kojarzył mi się z jednym – stressssss. W poniedziałki rozpoczynamy tydzień i chcemy „załatwić” (uwielbiam ten jedyny w swoim rodzaju zwrot) wszystkie niecierpiące zwłoki sprawy. I czy byłam doradcą dla moich Klientów, czy przełożoną dla moich Doradców, czy miałam jakieś nierozwiązane sprawy z mojej lub nie mojej winy, poniedziałek rano zawsze od kilku lat jest taki sam: MOJA KOMÓRKA DZWONI OD 7:00 rano.

Dziś nie było inaczej.

I choć już nie pracuję tak intensywnie, mam kilka niewyjaśnionych spraw i nie mogę normalnie i spokojnie funkcjonować ani się wyspać, bo o 9:00 rano, RÓWNO o 9:00 rano na mój telefon dzwonił trzy razy jakiś nieznany mi numer, którego źródła bez oddzwonienia nie mogę zlokalizować w internecie. A kiedy oddzwaniam, nikt nie odbiera. Więc co to była za ważna sprawa w poniedziałek o 9:00 rano, że aż trzy razy ktoś próbował się do mnie dodzwonić?

Naciski, stalking i wszelkiego rodzaju manipulacje.

Wszyscy mamy sprawy do załatwienia. Wiele razy pisałam o tym, że patrzymy na świat przez pryzmat własnych, osobistych korzyści i choćbyśmy nie wiem jak zaprzeczali lub próbowali sobie mówić inaczej albo nie być w pełni tego świadomym – każda interakcja jest spowodowana korzyścią własną. I to jest w porządku. Tak jest skonstruowany nasz świat i my. Ale problem zaczyna się w momencie, kiedy z jakiegoś powodu, a tych powodów jest wiele, zaczynamy łamać granice i terroryzujemy innych lub sami jesteśmy terroryzowani. Celowo używam tego słowa, choć bardziej na miejscu byłoby tutaj użycie słowa stalking.

Jest on określany jako „złośliwe i powtarzające się nagabywanie, naprzykrzanie się czy prześladowanie zagrażające czyjemuś bezpieczeństwu” (źródło „Wikipedia”). Często wywołujący negatywne skutki powodujące poczucie zagrożenia lub utratę bezpieczeństwa ofiary.

Kochani, to się często dzieje w toksycznych relacjach, związkach i tutaj jest najtrudniejsze do zwalczenia czy uwolnienia się. Toksyczne mamy wydzwaniają do swoich dorosłych dzieci, traktując je jak bezradne nastolatki, partnerzy się kontrolują z zazdrości, manipulują uczuciami „Ty już mnie nie kochasz”. Era telefonów komórkowych zapoczątkowała niekontrolowany rozwój takich zachowań. Jest to bardzo niebezpieczne zjawisko w świecie dorosłych, choć jako dorośli często potrafimy sobie z tym radzić, tym bardziej, że w naszym prawie są stworzone do tego odpowiednie zapisy. Ale nasze nastolatki? Dzieci, które zostawiamy same w domach ze smartfonami? Kiedyś spotykaliśmy się pod blokiem, graliśmy w gumę, w kapsle, w podchody. Dzisiaj dzieciaki robią wszystko w internecie: snapchat czy messenger się rozgrzewa do czerwoności a ilość powiadomień w telefonie jest tak samo duża podczas tych rozmów, jak u przeciętnego celebryty otrzymującego setki tysięcy lajków pod swoim zdjęciem na Instagramie.

Jak bardzo jest to stresujące odczułam kilkakrotnie na swoim przykładzie. Dwadzieścia lat temu mój prawie świeżo upieczony małżonek mieszkał w Warszawie. Jako żona podchorążego starałam się stawać na wysokości zadania i regularnie pisałam do niego listy. Co trzy dni kilkustronicowy „express polecony” był dostarczany do WSO (Wyższa Szkoła Oficerska). Ale było nam mało. Po przeprowadzce na WAT odległość od domu i tęsknota była większa. Mąż ciężko znosił rozłąkę i życie w koszarach. Zaczynałam zauważać różne zachowania, które według mnie były niepokojące i nie były standardowe. Konsultowałam się z moimi wykładowcami z Uczelni, którzy tłumaczyli je zmęczeniem i stresem.

Technologia posunęła się do przodu a w stolicy można było kupić różne rzeczy po okazyjnych cenach. I tak staliśmy się posiadaczami telefonu komórkowego. Młode małżeństwo na dorobku z kilkuletnim dzieckiem… za przykładem mamy chciałam pomóc mężowi w zebraniu pieniędzy na własne M i meble, żebyśmy nie musieli żyć na utrzymaniu rodziców. I stało się.

Ja znalazłam pracę w koedukacyjnym środowisku, mąż zwariował. Dosłownie. Jeżdżąc na spotkania odbierałam po kilkanaście telefonów w ciągu pół godziny z oskarżeniami o zdradę. O której w ogóle nie myślałam, której wogóle nie było. I wiecie co? To zniszczyło już wtedy nasze małżeństwo. Stres powodował różne objawy fizyczne, które były trudne do wyleczenia. Ale największą traumę wywołały wtedy we mnie te uporczywe telefony i próby wyciągnięcia mnie z pracy. A im bardziej mi „kazał” i naciskał, tym bardziej ja uparcie trwałam przy swoim czując, że to jedyne wyjście. W końcu jednak uwierzyłam. I straciłam wiarę w siebie, we własne możliwości, uległam i długi czas żyłam w poczuciu własnej winy za problemy w naszym związku.

Kilkanaście lat później, pracując jako koordynator sprzedaży a później kierownik sieci handlowców miałam do prowadzenia zespół składający się kilkudziesięciu osób. W krótkim czasie zmniejszył się do osób kilkunastu albo najsilniejszych albo najbardziej zdesperowanych handlowców, którzy mieli silną motywację do pracy lub ogromne umiejętności sprzedażowe (czytaj „manipulacyjne). I wtedy na nowo wpadłam w horror stalkingu. Poniedziałki stawały się koszmarem. Klienci biznesmeni i handlowcy budzili się rano w poniedziałek i zgodnie z zasadą „załatw wszystko od razu” miałam wrażenie, że pierwszy telefon wykonywali do mnie. Mogłam sobie napisać harmonogram, kto o której godzinie się budzi i jak długo pracuje. Co mnie najbardziej uderzylo: zero skrupułów, brak jakiejkolwiek uprzejmości, naciski, komunikaty w postaci niecenzuralnych wypowiedzi, słowotok… – stres. Ich stres i mój stres.

Bo kiedy nie masz regularnego dochodu a akceptacja umowy przez klienta to nie wszystko, bo po drodze jest ze dwadzieścia etapów czyli biurek kolegów lub przełożonych, którzy muszą zaakceptować lub zmodyfikować Twoją ofertę, to nie jest przyjemnie. A problemy się robią, kiedy Twój Klient zaczyna negocjować… Tak, żyjemy w czasach wczesnego, kapitalistycznego wyzysku. Jednakże nic by się nie działo złego, gdybyśmy potrafili uszanować siebie i byli dla siebie ludźmi a nie chamami, naciskającymi na siebie w każdy możliwy sposób. Krzyki, obraźliwości i zastraszania są na porządku dziennym. Wielokrotnie spotykałam się z osobistymi wycieczkami na mój temat tylko i wyłącznie w celu uzyskania własnych korzyści. Mniej asertywna osoba brałaby to do siebie. Ja nauczyłam się unikać takich „partnerów biznesowych”.

Wszyscy jednak wiemy, że to nie jest łatwe. Szczególnie przykre są sytuacje, kiedy widzisz, że jedno wykorzystuje drugie a to drugie musi się uciekać do twardych metod, aby udowodnić stalking czy działanie na szkodę. Miałam swoją stalkerkę. Kobieta wyładowała mi wielokrotnie telefon. Nie rozumiała, że Klient nie chce z nią rozmawiać a dla mnie nie była jedynym współpracownikiem. Wyobrażacie sobie 30 telefonów w ciągu pół godziny a w międzyczasie 90 smsów? Bo ja sobie kiedyś nie wyobrażałam. Byłam w Krakowie, 250 km od mojego dziecka, nie działała mi ładowarka w samochodzie, bo jeździłam starym gratem, którego szef nie chciał naprawiać i musiałam dostać się do domu. W razie wypadku na drodze nie miałabym jak powiadomić rodziny czy wezwać pomoc…

Takie sytuacje utrwalają się w pamięci. Pojawia się niezidentyfikowany stres, który powoduje różne dolegliwości psychosomatyczne z zaburzeniami snu na czele, poprzez spadek odporności, który powoduje naprawdę nieoczekiwane i dziwne schorzenia, jak np. atopowe zapalenie skóry czy niezidentyfikowane omdlenia aż do nowotworów… Najgorszy jednak w tym wszystkim jest brak pokory i koniecznie samodzielne rozwiązywanie problemów bez konsultacji.

Szanujmy się. Odłóżmy komórki.

Pokażmy dzieciakom, że można inaczej. Że nie trzeba pić RedBulla, że można spokojniej, że zamiast 50 spraw dziennie wystarczy zamknąć ich pięć, ale solidnie je zamknąć. Że Tydzień ma siedem dni a „niedziela” to dzień nicnierobienia, który mamy prawnie przyznany, o którym pomyślał nawet kiedyś Ten Najwyższy, jeśli w niego wierzysz. Niech dzieciaki bawią się z rówieśnikami, zdzierają kolana, przychodzą brudne do domu, hałasują i psocą. Bo to dzieciaki. każdy wiek ma swoje prawa. A my cieszmy się tym, bo ponoć kiedy dziecko jest cicho to broi. I szanujmy się nawzajem. Nie trzeba naciskać, powtarzając o czymś w kółko dwieście razy, żeby druga osoba to zrobiła. Wystarczy porozmawiać. A jeśli nie potrafisz wlaściwie czegoś zaargumentować raz, to znaczy, że nie potrafisz albo trafiłeś do niewłaściwej osoby. Więc trzeba szukać u kogoś innego albo szukać innego rozwiązania.

A Ty jak uważasz? Zgadzasz się ze mną czy piszę głupoty?

Spokojnego poniedziałku i tygodnia życzy Czarna.