Styl życia

Zmywarkowo-ciążowa prokrastynacja

Bycie kobietą marynarza nie jest dla mnie jakimś większym niż dotąd wyzwaniem i jak rozmawialiśmy z Tomkiem, czy jestem na to gotowa, dla mnie odpowiedź była prosta: tak. W zasadzie od zawsze radziłam sobie sama, a już w szczególności od momentu, kiedy wyprowadziłam się do Lewina. Pustkę po Żyrafce odchorowałam depresją, ale dzisiaj ona tu jest, mam fajne sąsiedztwo, czekam na Mikołaja i wogóle wszystko jest jakieś inne.

Bardziej On nie radzi sobie z tym, że czasem trzeba o czymś zadecydować z morza, choćby dlatego, żeby po powrocie nie było zdziwienia. Związki z kilku czy kilkunastoletnim stażem mają wszystko dopracowane, a tutaj dotarcie następuje na cholernie dużą odległość, okraszoną niezwykłymi, jak na dzisiejsze czasy, przerwami w komunikacji, trwającymi nawet do doby akurat wtedy, kiedy ona najbardziej jest potrzebna. Pierwszy raz w życiu rozmawiałam przez telefon satelitarny i miałam wrażenie, jakbym się cofnęła do czasów Ery i Idei.

Daj Pan spokój!

Jedyny plus, że po kilku tygodniach usłyszałam Jego głos, skierowany do mnie, więc w głosie też usłyszałam emocje, które w tej trudnej sytuacji, jaką miałam przez ostatnie kilkanaście dni, mnie wyciszyły. Chyba to było warte wszystkiego.

No ale nie o tym.

Ponoć Żona Marynarza zmaga się z wszelkimi możliwymi awariami zawsze po tym jak On wypłynie. Czy tak jest? Możliwe. Znaczy tak, generalnie, jakby intuicyjnie, zostałam wychowana przez mojego ŚP. Ojca na „Księdza-Mechanika”. „Ksiądz-Mechanik” to taki facet, który jedną rzecz może naprawi, ale dziesięć zepsuje. No i ja miałam ten swój młotek i kombinerki, jak miałam cztery lata i rzeczywiście, odkąd tata został oddelegowany na przymusową rentę kopalnianą z powodu pylicy, to ja mu dotrzymywałam towarzystwa prawie wszędzie. Więc nie mam strachu przed robotami majsterkowicza, drobnymi naprawami. Rozróżniam nazwy narzędzi itd. Zresztą… dałam sobie radę z podłączeniem zmywarki, więc to już coś!

Moja zmywarka została z powodów subiektywnych w Lewińskim mieszkaniu.

W Brzeskim mam podobną, lekko zużytą, bo starszą, ale oprócz jakichś chwilowych niedomagań eksploatacyjnych do tej pory dawała radę. Do zeszłego miesiąca. Od tego momentu mam wrażenie, że jakby cały domowy świat Perfekcyjnej Kasi Gospodyni, nienawidzącej bałaganu w swoim pięknym mieszkaniu legł w gruzach. Próbowałam diagnozować, o co mi chodzi?

Pojawiła się zmywarkowo-ciążowa prokrastynacja.

Bo nagle zrozumiałam, że od głupiej zmywarki zaczął się mega bajzel w moim domu. Tylu wymówek do sprzątania jeszcze nigdy nie miałam. A bo garnki w zlewie, bo zmywarka nie działa, bo nie chce mi się wyjmować tych naczyń, bo białe i trzeba i tak je myć, nie mogę na nie patrzeć… Jak zmywam to mam wiecznie mokry brzuch, który zresztą jest tak duży, że przeszkadza… Sukienka się brudzi, nastoję się, brzuch się stawia (kobiety wiedza o co chodzi)… Potem trzeba ogarniać podłogę… itd itp.

U mnie jak się w kuchni robi bajzel to w domu pomału też. Efekt śnieżnej kuli. Potem siadasz, robisz rachunek sumienia i … nie wiesz jak zacząć swoją pokutę. Od czego? Do tego jeszcze zrzucający o tej porze roku sierść pies, dywany do odkurzania, gdzie brzuch się stawia i normalne 15 minutowe hałasowanie kończy się dwugodzinnym zabiegiem, bo wymaga ciągłego odpoczywania. Nie znoszę być taką inwalidką.

Jednocześnie nie mogę narzekać, bo ta ciąża jest naprawdę najbardziej komfortowa ze względu na moje samopoczucie fizyczne i samoświadomość. Nie miałam potrzeby leżenia, jak przy Żyrafce, że pojawiło się rozwarcie a dokładnie wiem, co się ze mną dzieje i wiem, jak zapobiegać od razu różnym dolegliwościom.

Tak, bo ciąża to nie choroba a stan odmienny.

A mnie trudno akceptować odmienność mojego stanu, że nie mogę dużo i szybko, jak dotychczas, że w samochodzie prowadzę jakbym miała miesiąc prawko, a nie zrobiła 150 000 km, że nie mogę zapiąć pasów, bo Mikołaj i że Mikołaj nie śpi wtedy a się kręci, przypominając:

-Mamo ja tu jestem.

A ja wtedy myślę, że nie dla mnie prowadzenie, bo ryzykuję, było wziąć pociąg do tego Opola? Auto stoi pod domem i używam je raz w tygodniu do zakupów. Ostatnio jednak dopadło mnie kolejne stadium prokrastynacji i zamiast odkurzać mieszkanie odkurzyłam samochód. Zamiast zawieźć kabel samochodem, wszak dotąd jeździłam nim nawet do toalety, stwierdziłam, że trzeba sobie zrobić spacer. Dwugodzinny. Ledwo z Pepsi obeszłyśmy tę trasę. Endomondo pokazało 6,5 km.

A zmywarka dalej nie działa.

Wczoraj wlożyłam dosłownie kilka naczyń, żeby sprawdzić, w którym miejscu ona brudzi. Spływa biała woda z białym osadem. Już naprawdę wypróbowałam większość sposobów, a na pewno wszystkie z internetu. Czekam teraz, aż skończy się proces jej czyszczenia, bo kupiłam taki płyn, a jak to nie pomoże, to lecę po markowe tabletki. Ostatni sposób to zwykły płyn do naczyń. Jak to nie pomoże, to przysięgam, że wyszarpię ją gołymi rękami i zrzucę sąsiadce na trawnik. I chatę posprzątam od dechy do dechy własnymi rękami w żółtych rękawiczkach. Bo po co mi sprzęt, który nie działa?